Gdzie na wakacje w 2021?

Pewnie każdy się zastanawia, jak to będzie. Czy ujrzymy wymarzoną plażę, czy odetchniemy na urlopie wśród rozmaitej flory i fauny, pod palmą…

Aktualnie z tego, co śledzę, prawie wszędzie trzeba zrobić test na COVID przed wylotem. Chyba nie do Meksyku, ale to się co chwilę zmienia. Dlatego nie będę dawać tutaj rad, gdzie najlepiej się udać. Chciałam się podzielić refleksją na temat samego urlopu – o tym, czemu właściwie to dla mnie istotne.

Uwielbiam podróże, ten zastrzyk energii, kiedy myślę o przygodzie. Każdy wylot, każdy wyjazd to prawdziwe wyzwanie. Nagle myślenie się zupełnie wyłącza, mózg przyjmuje inną funkcję. Jakby nagle przebierał się w bikini, po czym wyciągał drinka i rozkładał leżak.

W moim pamiętniku zanotowałam cele podróżnicze na najbliższy czas: Hiszpania, Włochy no i… wymarzone Stany Zjednoczone.

Może uda się TOSKANIA w tym roku? Jednak z maseczką na plaży jakoś tego zupełnie nie widzę. A tymczasem ginę w marzeniach podróżniczych, słuchając pozytywnych rytmów. Bębny, dobrze zgrane bity i człowiek od razu przenosi się w rajskie klimaty.

ALOHA.

Co przyniesie 2021?

Islandia 2k20

Rok 2020 był dla mnie naprawdę wyjątkowy i wbrew pozorom – pełen podróży i nowych wrażeń. Byłam w Norwegii, Danii i na Islandii! Kto by pomyślał, prawda? Dzięki temu, że wyhaczyłam tanią opcję płynięcia promem, znalazłam się właśnie w tych dwóch pierwszych państwach. Ponadto: udało mi się zdobyć awans w pracy, zrzuciłam kilka kilogramów, polubiłam nieco bardziej siebie – i wiele innych dobrych rzeczy.

Jednak nie o podsumowaniu poprzedniego roku.

Co się wydarzy w 2021 roku?

Chciałabym to wiedzieć. Pragnę podróży, nowych doświadczeń, inspiracji, poznania ciekawych osób, wyjścia do jakiejś dobrej knajpy ze znajomymi, zabawy na imprezie z nimi aż do rana… I to się spełni. W tym roku mam dziwne przeczucie, że będzie naprawdę wyjątkowo! Już od nocy sylwestrowej spłynęła na mnie jakaś pozytywna energia – mam więcej zapału, chęci do działania, motywacji. Zaczęłam więcej czytać, rozwijać się, zaczęłam więcej chcieć. Chcę więcej i więcej – stąd nazwałam ten rok, tak sama dla siebie, ROKIEM ODKRYWANIA. Wspomnę ten post, jak 2021 będzie się kończył. Wiem, że wszystko się spełni. Będzie nawet lepiej. Trzymam się mojego ulubionego motta: ŻYCIE UKŁADA O WIELE LEPSZE SCENARIUSZE OD NAS.

Chcę brać to wszystko, co podsuwa mi los. Już za dużo straconych szans, za mało zaangażowania. Teraz będzie mój czas – czas zdobywania. Pora pójść po to, o czym marzę. Niby banał, ale dopiero zaczynam to wszystko rozumieć. Przy okazji chcę być mniej surowa dla samej siebie.

Najlepszy przyjaciel to ten w lustrze.

Dlatego odpowiadając na pytanie tytułowe – wydarzy się dużo. Pewnie nie raz będziecie musieli zmierzyć się z trudnościami. Jednak sądzę, że każdy odkryje w tym 2021 coś siebie. O znaleziskach i zdobytych szczytach jeszcze się będziecie wszystkim chwalić. Tak będzie.

Największe marzenie – USA

Mam wrażenie, że rzeczywiście w poprzednim życiu zamieszkiwałam tereny Stanów Zjednoczonych. Zawsze gdy oglądałam filmy, które nakręcone były właśnie tam, to wyobrażałam sobie siebie, która kroczy po tej amerykańskiej ziemi.

Najbardziej to zachwycały mnie te czerwone, ceglane kamienice, z dołączonymi za oknem drabinkami. Te z kolei prowadziły zwykle na dach budynku lub do sąsiada niżej czy wyżej. Marzyło mi się, by spotykać się z kimś na tym przedziwnym rusztowaniu, nocą, z kocem, dobrym winem i rozmawiać bez końca pośród gwiazd. Nie wiem dlaczego, ale to byłby wyjątkowy wieczór. 

Drogi, drogi, drogi! Jestem fanką dróg amerykańskich. Zdaję sobie z tego sprawę, że większość ludzi chciałaby przejechać się słynną 66. – samochodem, rowerem  czy motorem. Chyba masa zdjęć, na które się natknęłam, spowodowała, że tak bardzo marzy mi się uwiecznić swoją postać na tle tej znanej szosy.

Dla niezaznajomionych – otwarta 11 listopada 1926 roku trasa drogowa w USA o długości 2448 mil (3939 km) łącząca Chicago z Los Angeles, a od 1936 przedłużona do Santa Monica. Przebiegała przez stany Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię, by zakończyć swój bieg w Los Angeles.

Wyobrażam sobie jak zaczynam swoją trasę w Chicago, delektuję się każdym widokiem, odwiedzam wszystkie przydrożne bary i restauracje, aż kończę podróż w Los Angeles.

Oczywiście jest masa rzeczy, które pragnę zobaczyć w USA  (jak np. Central Park, Waszyngton, parki narodowe, Universal Studio, Hollywood, Wielki Kanion, dom Kevina i naprawdę o wiele, wiele więcej). Marzę, by doświadczyć także różnych  atrakcji:

1) zjeść burgera amerykańskiego

2) zajrzeć do typowego marketu,  kupić płatki w kartonie i masło orzechowe

3) zobaczyć prawdziwy Dziki Zachód

4) obejrzeć seans w prawdziwym kinie samochodowym

5) spać na dziko w namiocie bądź kamperze – obserwować amerykańską naturę

6) zjeść śniadanko nad kanionem

7) poznać Amerykanina z krwi  i kości

8) przespacerować się po jakimś High School lub Primary School w USA, by zobaczyć, czy rzeczywiście są tam warunki sprzyjające edukacji

9) przejść się do baru na peryferiach i posłuchać sobie country

10) zwiedzić siedzibę NASA

11) zrobić sobie fotkę pod Harvardem

12) spełnić własny AMERICAN DREAM!

Konkluzja tych moich pięknych wywodów jest taka, że zaczynam zbierać pieniądze, by wyruszyć w prawdziwą podróż marzeń! Wierzę, iż jest to do spełnienia. Wystarczy zaoszczędzić, a potem już tylko wymieniać walutę na dolary (które zresztą już mam w oczach).

A teraz wizualizuję sobie to wszystko. Niedługo tam będę.

Zdjęcia PÓKI CO nie są mojego autorstwa (z pinterest.com). Myślę, że to się zmieni.