Za dużo stresu? Zwolnij tempo

Nie wiem na jakiej zasadzie to wszystko działa, bo psychologiem nie jestem, ale kiedy człowiekowi kumuluje się wykonanie miliona zadań jednego dnia – zaczyna świrować.

Tak też było u mnie. Zaplanowałam sobie konkretne rzeczy do wykonania, ale nagle do tego wszystkiego pojawiło się kilka innych, które nie mogły czekać. Oczywiście pojawił się stres, chcący zniszczyć mnie nie tylko psychicznie, ale fizycznie. Ból żołądka, skręcanie i przewracanie w brzuchu, rozdrapywanie skórek przy palcach, ból głowy, zatok – brzmi znajomo?

Stres atakuje po cichu. Jeśli go w miarę szybko nie opanujemy, zacznie nas po prostu zabijać. Sama nie do końca jeszcze rozpracowałam metody, które pomogą opanować ten okropny stan. Jednak wiem, że jeśli dorzuca nam się dodatkowe zadania i właściwie nie wiemy, za co się zabrać, to należy wykonać te priorytetowe. Określić, co wymaga najszybszej reakcji i bez zbędnego narzekania – odrzucić resztę. Nie warto się załamywać, że nie zrealizowaliśmy wszystkich obowiązków. Nie jesteśmy robotami, którzy są zaprogramowani do pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę (już nie wspomnę o mamach na pełen etat, chapeau bas!).

Wymagasz od siebie więcej niż możesz? Piona

Ostatnio wydawało mi się, że wciąż pracuję za mało, że powinnam cisnąć w to życie jeszcze, mocniej, bardziej! Jednak szybko zorientowałam się, iż to po prostu zwiększa presję, taką wewnętrzną. My kobiety chyba tak mamy – musi się dziać. Tylko jakim kosztem? Oby nie naszego zdrowia. Spróbuj wyjść z siebie. Serio. Stań mentalnie obok własnej osoby, własnego dnia. Czy rzeczywiście robisz mało? Sama tak zrobiłam i przejrzałam na oczy. Tyle rzeczy w ciągu doby – obowiązki domowe, praca na etat, praca poza etatem, ćwiczenia fizyczne, gotowanie, pieczenie, planowanie kolejnego dnia, pracy na następny dzień… Przecież to jest masa zadań!

JEDNO ZADANIE NA DZIŚ – wyjść z siebie i poobserwować trochę osobę obok. Spójrzmy jak wielcy jesteśmy.

Gdzie na wakacje w 2021?

Pewnie każdy się zastanawia, jak to będzie. Czy ujrzymy wymarzoną plażę, czy odetchniemy na urlopie wśród rozmaitej flory i fauny, pod palmą…

Aktualnie z tego, co śledzę, prawie wszędzie trzeba zrobić test na COVID przed wylotem. Chyba nie do Meksyku, ale to się co chwilę zmienia. Dlatego nie będę dawać tutaj rad, gdzie najlepiej się udać. Chciałam się podzielić refleksją na temat samego urlopu – o tym, czemu właściwie to dla mnie istotne.

Uwielbiam podróże, ten zastrzyk energii, kiedy myślę o przygodzie. Każdy wylot, każdy wyjazd to prawdziwe wyzwanie. Nagle myślenie się zupełnie wyłącza, mózg przyjmuje inną funkcję. Jakby nagle przebierał się w bikini, po czym wyciągał drinka i rozkładał leżak.

W moim pamiętniku zanotowałam cele podróżnicze na najbliższy czas: Hiszpania, Włochy no i… wymarzone Stany Zjednoczone.

Może uda się TOSKANIA w tym roku? Jednak z maseczką na plaży jakoś tego zupełnie nie widzę. A tymczasem ginę w marzeniach podróżniczych, słuchając pozytywnych rytmów. Bębny, dobrze zgrane bity i człowiek od razu przenosi się w rajskie klimaty.

ALOHA.

Co przyniesie 2021?

Islandia 2k20

Rok 2020 był dla mnie naprawdę wyjątkowy i wbrew pozorom – pełen podróży i nowych wrażeń. Byłam w Norwegii, Danii i na Islandii! Kto by pomyślał, prawda? Dzięki temu, że wyhaczyłam tanią opcję płynięcia promem, znalazłam się właśnie w tych dwóch pierwszych państwach. Ponadto: udało mi się zdobyć awans w pracy, zrzuciłam kilka kilogramów, polubiłam nieco bardziej siebie – i wiele innych dobrych rzeczy.

Jednak nie o podsumowaniu poprzedniego roku.

Co się wydarzy w 2021 roku?

Chciałabym to wiedzieć. Pragnę podróży, nowych doświadczeń, inspiracji, poznania ciekawych osób, wyjścia do jakiejś dobrej knajpy ze znajomymi, zabawy na imprezie z nimi aż do rana… I to się spełni. W tym roku mam dziwne przeczucie, że będzie naprawdę wyjątkowo! Już od nocy sylwestrowej spłynęła na mnie jakaś pozytywna energia – mam więcej zapału, chęci do działania, motywacji. Zaczęłam więcej czytać, rozwijać się, zaczęłam więcej chcieć. Chcę więcej i więcej – stąd nazwałam ten rok, tak sama dla siebie, ROKIEM ODKRYWANIA. Wspomnę ten post, jak 2021 będzie się kończył. Wiem, że wszystko się spełni. Będzie nawet lepiej. Trzymam się mojego ulubionego motta: ŻYCIE UKŁADA O WIELE LEPSZE SCENARIUSZE OD NAS.

Chcę brać to wszystko, co podsuwa mi los. Już za dużo straconych szans, za mało zaangażowania. Teraz będzie mój czas – czas zdobywania. Pora pójść po to, o czym marzę. Niby banał, ale dopiero zaczynam to wszystko rozumieć. Przy okazji chcę być mniej surowa dla samej siebie.

Najlepszy przyjaciel to ten w lustrze.

Dlatego odpowiadając na pytanie tytułowe – wydarzy się dużo. Pewnie nie raz będziecie musieli zmierzyć się z trudnościami. Jednak sądzę, że każdy odkryje w tym 2021 coś siebie. O znaleziskach i zdobytych szczytach jeszcze się będziecie wszystkim chwalić. Tak będzie.

Największe marzenie – USA

Mam wrażenie, że rzeczywiście w poprzednim życiu zamieszkiwałam tereny Stanów Zjednoczonych. Zawsze gdy oglądałam filmy, które nakręcone były właśnie tam, to wyobrażałam sobie siebie, która kroczy po tej amerykańskiej ziemi.

Najbardziej to zachwycały mnie te czerwone, ceglane kamienice, z dołączonymi za oknem drabinkami. Te z kolei prowadziły zwykle na dach budynku lub do sąsiada niżej czy wyżej. Marzyło mi się, by spotykać się z kimś na tym przedziwnym rusztowaniu, nocą, z kocem, dobrym winem i rozmawiać bez końca pośród gwiazd. Nie wiem dlaczego, ale to byłby wyjątkowy wieczór. 

Drogi, drogi, drogi! Jestem fanką dróg amerykańskich. Zdaję sobie z tego sprawę, że większość ludzi chciałaby przejechać się słynną 66. – samochodem, rowerem  czy motorem. Chyba masa zdjęć, na które się natknęłam, spowodowała, że tak bardzo marzy mi się uwiecznić swoją postać na tle tej znanej szosy.

Dla niezaznajomionych – otwarta 11 listopada 1926 roku trasa drogowa w USA o długości 2448 mil (3939 km) łącząca Chicago z Los Angeles, a od 1936 przedłużona do Santa Monica. Przebiegała przez stany Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię, by zakończyć swój bieg w Los Angeles.

Wyobrażam sobie jak zaczynam swoją trasę w Chicago, delektuję się każdym widokiem, odwiedzam wszystkie przydrożne bary i restauracje, aż kończę podróż w Los Angeles.

Oczywiście jest masa rzeczy, które pragnę zobaczyć w USA  (jak np. Central Park, Waszyngton, parki narodowe, Universal Studio, Hollywood, Wielki Kanion, dom Kevina i naprawdę o wiele, wiele więcej). Marzę, by doświadczyć także różnych  atrakcji:

1) zjeść burgera amerykańskiego

2) zajrzeć do typowego marketu,  kupić płatki w kartonie i masło orzechowe

3) zobaczyć prawdziwy Dziki Zachód

4) obejrzeć seans w prawdziwym kinie samochodowym

5) spać na dziko w namiocie bądź kamperze – obserwować amerykańską naturę

6) zjeść śniadanko nad kanionem

7) poznać Amerykanina z krwi  i kości

8) przespacerować się po jakimś High School lub Primary School w USA, by zobaczyć, czy rzeczywiście są tam warunki sprzyjające edukacji

9) przejść się do baru na peryferiach i posłuchać sobie country

10) zwiedzić siedzibę NASA

11) zrobić sobie fotkę pod Harvardem

12) spełnić własny AMERICAN DREAM!

Konkluzja tych moich pięknych wywodów jest taka, że zaczynam zbierać pieniądze, by wyruszyć w prawdziwą podróż marzeń! Wierzę, iż jest to do spełnienia. Wystarczy zaoszczędzić, a potem już tylko wymieniać walutę na dolary (które zresztą już mam w oczach).

A teraz wizualizuję sobie to wszystko. Niedługo tam będę.

Zdjęcia PÓKI CO nie są mojego autorstwa (z pinterest.com). Myślę, że to się zmieni.

Jakie jest twoje miejsce na Ziemi?

Podróże zmuszają do wielkich refleksji. I tak oto, leżąc na islandzkim klifie, w głowie pojawiały się setki pytań i myśli. Między innymi: gdzie jest moje miejsce na Ziemi? Czy robię to, co naprawdę lubię? Czy wykonuję rzeczy schematycznie, bo tak trzeba i każdy tak zostaje zaprogramowany? Jaki właściwie jest przepis na życie? Jakie jego składowe sprawią, iż będzie ono w efekcie pełniejsze?

Takie pytania często nasuwają różne odpowiedzi – dlatego polecam zadawać je sobie głośno.

Wnioski:

Żyję sobie w swoim małym świecie, stwarzając problemy, które w obliczu tak wielkiego świata, naprawdę nic nie znaczą. Ten cały kortyzol (hormon stresu) niepotrzebnie skraca mi czas na Ziemi, a przecież jest go i tak mało.

Kim jestem? Osobą, która zwykle stara się zadowolić potrzeby innych, a raczej nie patrzy głęboko na to, czego sama by chciała. Byle tylko wypaść dobrze w obcych oczach, byle nie być sobą, bo ktoś mnie nie zaakceptuje. Po co mi ta aprobata? No właśnie, bez sensu.
Jestem belfrem, wkładającym w swoją pracę uczucie. Jednak czegoś mi ciągle brakuje. Po przewertowaniu Instagrama, zaczęłam dochodzić do wniosku, że TRZEBA mieć jakąś tzw. zajawkę. Wiecznie jej szukam na siłę, by coś znów udowodnić. Jednak tak naprawdę mam sporo zainteresowań. Lubię odpalić sobie czasem Worda, wystukać literami klawiatury swoje żale czy radości, uwielbiam czytać o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu (wszelkie biologiczne połączenia są nad wyraz oszałamiające), kocham ćwiczyć siłowo, dostrzegać to, jak wiele potrafi moje ciało, ostatnio nawet zaczęłam przerabiać zdjęcia. Kiedyś dobrze czułam się w montażu filmu (oczywiście takiego najbardziej banalnego, ale miało to swój urok i czar). Pokochałam także podróżowanie, które otwiera mi oczy na masę spraw, tak rzadko niewidocznych na co dzień. Już samo to, że opuszczam swoją strefę komfortu, zaczyna dodawać mi sporo odwagi.  Takiej czystej, do życia.

Wiecznie coś mi dolega. Jak nie problemy gastryczne, to okropne bóle głowy. Co jest człowiekowi, gdy wszystkie badania wychodzą bardzo dobrze, kiedy na papierze widnieje jasno: JESTEŚ ZDROWY JAK BYK?

Moim ostatnim wnioskiem jest to, że trzeba najprościej w świecie wyluzować. Mam wrażenie, że to właśnie kortyzol mnie zjada wewnętrznie. Uderza w nieskazitelne, jak dotąd, organy. Chciałabym się nimi jeszcze nacieszyć, dlatego:

  1. Niweluję napięciowe bóle głowy automasażem (wielu ludzi z pasją do zawodu fizjoterapeuty przekazuje za darmo mądre treści).
  2. Czytam coś, chociażby przez dziesięć minut dziennie.
  3. Jak mam ochotę, to robię coś w formie medytacji – głęboko oddycham przez tyle minut, ile chcę.
  4. Tłumaczę sama sobie jak jest naprawdę, odrzucam nierealne spostrzeżenia wewnętrznego krytyka.
  5. Prostuję się! (To jedna z 12. zasad życia Jordana Petersona – kanadyjskiego psychologa).
  6. Znajduję sobie zajęcie – człowiek bez zajęcia wariuje, bo ma czas na to, by dotarły do niego czarne myśli. Najlepiej je odrzucić jakimś ciekawym zajęciem. Proste?

To był dosyć osobisty wpis. Często blog może być niezwykłą formą autoterapii. Uwolnienie skumulowanych myśli pozwala na chwilę ulgi.

Otwarta przestrzeń podróży

Standardowe i oklepane stwierdzenie: podróże kształcą zawitało do mojego życia. Lawiruję gdzieś pomiędzy podróżnikiem a turystą. Jeśli się nadarzy dobra okazja – korzystam z wyprawy w pełni.

Islandia w moich oczach

Kraina ognia i lodu – tak mawiają. Choć ceny przerażają, to widoki zdecydowanie wszystko rekompensują. Na tej tzw. innej planecie ludziom się nie spieszy, czas zdecydowanie zwalnia. Jeśli na co dzień doskwiera ci niedotlenienie bądź przewlekłe bóle głowy, tutaj śmiało można oddychać pełną piersią. Niewiarygodne jak człowiek jest w stanie obcować z naturą, nie ingerując w nią nad wyraz.

Silny, zimny i pojawiający się sporadycznie wiatr, pędzący znad oceanu, tylko sprzyjał  umysłowi. Czułam, jakby każda szczelina w mojej głowie, która wcześniej wypełniona była czarnymi myślami, nagle została oczyszczona. Ten powiew po prostu redukował wszystko, co złe. Z redukcją kojarzy się pewna utrata, zatem przebywając tam, z pewnością możesz stracić zbędny balast problemów. Natura naprawdę pozwala człowiekowi poczuć się wolnym, i w swej istocie, prawdziwym. W końcu to ona nas wychowała. Matka Ziemia ma tyle do zaoferowania na Islandii, że zwyczajny, turystyczny tydzień nie wystarczy, to wciąż za mało.

Wodę można pić tam hektolitrami, jest tak krystaliczna, że dla naszych organów stanowi także pewne oczyszczenie. W tym raju ulegasz filtracji egzystencji. Dzięki  energii geotermalnej, dzięki temu, że widzisz, jak to funkcjonuje, możesz się zastanowić, co we własnym życiu da się ulepszyć, aby było łatwiej.

Nie wszystko musi być schematyczne i niepraktyczne – to da się odczuć na Islandii. Sam jej klimat zaszczepia nowe tchnienie życia.