Mój minimalizm

Ostatnio zauważyłam, że im mniej, tym lepiej. Począwszy od jedzenia, skończywszy na posiadaniu. Właściwie to wszystko, dzięki pandemii. Jakoś rok temu odkryłam, czym minimalizm może być. Nie w głowie mi już gromadzenie niepotrzebnych rzeczy, bo: „tak wypada” bądź żeby komuś zaimponować. Stworzyłam zatem punkty, które stanowią podsumowanie i definicję mojego minimalizmu:

  1. Kupowanie tylko potrzebnych rzeczy według listy
    Jedzenie – uprzednio planuję posiłki na cały tydzień, po czym robię zakupy według założonego planu.
    Ubrania – rzadko kupuję. Preferuję zakup tego, co faktycznie potrzebne. Nie żeby udowodnić swój statut.
  2. Czyste biurko przy pracy zdalnej – bez tego ani rusz. Większość rzeczy wokół mnie rozprasza.
  3. Sprzątanie na bieżąco – moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu nie muszę przeznaczać całego dnia na wielkie porządki.
  4. Kolory ubrań – raczej stawiam na takie zwyczajne barwy, bez udziwnień i wzorów. Tak czuję się najlepiej.
  5. Pozbywanie się rupieci – co jakiś czas robię remanent mieszkania, wyrzucam to, o czym już dawno nie pamiętam, a jedynie zagraca przestrzeń.

NAJWAŻNIEJSZE!
Minimalizm to ograniczenie do minimum wymagań, potrzeb i dążeń. Nie narzucam sobie zatem jakiegoś rygoru. Owszem, dążę do realizacji przeróżnych celów, ale staram się cieszyć z procesu tworzenia. Bo dlaczego mamy mieć w głowie tylko szczyt góry? Widoki po drodze też mogą być całkiem przyjemne. Tego się trzymam. Mój minimalizm to lżejsze życie, bez balastu.

Otwarta przestrzeń podróży

Standardowe i oklepane stwierdzenie: podróże kształcą zawitało do mojego życia. Lawiruję gdzieś pomiędzy podróżnikiem a turystą. Jeśli się nadarzy dobra okazja – korzystam z wyprawy w pełni.

Islandia w moich oczach

Kraina ognia i lodu – tak mawiają. Choć ceny przerażają, to widoki zdecydowanie wszystko rekompensują. Na tej tzw. innej planecie ludziom się nie spieszy, czas zdecydowanie zwalnia. Jeśli na co dzień doskwiera ci niedotlenienie bądź przewlekłe bóle głowy, tutaj śmiało można oddychać pełną piersią. Niewiarygodne jak człowiek jest w stanie obcować z naturą, nie ingerując w nią nad wyraz.

Silny, zimny i pojawiający się sporadycznie wiatr, pędzący znad oceanu, tylko sprzyjał  umysłowi. Czułam, jakby każda szczelina w mojej głowie, która wcześniej wypełniona była czarnymi myślami, nagle została oczyszczona. Ten powiew po prostu redukował wszystko, co złe. Z redukcją kojarzy się pewna utrata, zatem przebywając tam, z pewnością możesz stracić zbędny balast problemów. Natura naprawdę pozwala człowiekowi poczuć się wolnym, i w swej istocie, prawdziwym. W końcu to ona nas wychowała. Matka Ziemia ma tyle do zaoferowania na Islandii, że zwyczajny, turystyczny tydzień nie wystarczy, to wciąż za mało.

Wodę można pić tam hektolitrami, jest tak krystaliczna, że dla naszych organów stanowi także pewne oczyszczenie. W tym raju ulegasz filtracji egzystencji. Dzięki  energii geotermalnej, dzięki temu, że widzisz, jak to funkcjonuje, możesz się zastanowić, co we własnym życiu da się ulepszyć, aby było łatwiej.

Nie wszystko musi być schematyczne i niepraktyczne – to da się odczuć na Islandii. Sam jej klimat zaszczepia nowe tchnienie życia.