Milion pomysłów na siebie

Tym razem wpis zupełnie niezaplanowany. Być może będzie on ostatnim tutaj. Może kogoś olśni po tych wypocinach.

Otóż, pośród całej tej presji robienia czegoś, spełniania się, wiecznego dłubania w danej dziedzinie pewnego dnia się po prostu zagubiłam. Tak to jest jak ma się dosłownie milion pomysłów na siebie.

Jednak po czasie dryfowania wśród marzycielskich wizji, zauważyłam, że warto ogarnąć najpierw dwie rzeczy:

1. Nasze naturalne predyspozycje – tzn. poznanie swojego charakteru, dokładne badanie siebie, wzdłuż i wszerz. Są rzeczy, które chcielibyśmy zrobić, ale nasza osobowość zupełnie nie pasuje do tego. Stąd uważne rozważenie – czy to chwilowy wymysł czy może wewnętrzne pragnienie?

2. Nasze talenty – tu nie tylko liczą się nabyte talenty artystyczne, ale np. talenty różnych obszarów życia (talent do organizacji, planowania – chociażby).

Bardzo wnikliwie podchodzę do tematu pomysłu na siebie. Niedawno nawet zrobiłam sobie takie karty pracy z pytaniami, które mogłyby mnie „olśnić”. Warto podejmować takie działania. Myślę, że służy to poznaniu siebie, czyli kogoś z kim rzeczywiście spędzimy resztę życia. I choć osobiście jestem dla swojego „ja” dosyć okrutna, wymagająca i opryskliwa, to czasem też wykonam autoprzytulenie. Kto obroni, jak nie my sami?

Kilka srok za ogon

Jeśli już zdobędziemy adekwatną wiedzę o sobie samych, to stwórzmy listę zajęć, których chcemy się podjąć. Nie warto robić kilku rzeczy jednocześnie, bo się pogubimy i rzucimy wszystko. Wtedy zostanie z nami tylko poczucie winy, ponieważ sporo było w naszych głowach kreatywności, zapału do działania, motywacji, a w rezultacie pozostawiliśmy rozpoczętych kilka projektów/zadań i nie wiemy, za co teraz się zabrać.

Inwestycja w spokój i cierpliwość

Dwa słowa: spokój, cierpliwość.

Przez media społecznościowe mamy zbyt duże parcie na bycie kimś, bycie gwiazdą. Cały czas dostarczane są do naszych umysłów złe bodźce, mówiące wokół, że sukces, kasa, motywacja. Widzimy, że inni osiągnęli ten cały zestaw, a my? My nadal pozostajemy w swojej szarej strefie, gdzie nikt nas nie zna, nie mamy z podejmowanych zadań żadnych profitów i właściwie dochodzimy do wniosku, że straciliśmy czas. Ten z kolei jest najważniejszy, ale ulotny. Z każdym moim słowem, wypisanym tutaj, tracę cenne sekundy. Słowo po słowie, spacja po spacji. Czas ucieka. Może mi za to nie płacą, ale zyskuję coś znacznie lepszego – zdrowie i ukojenie duszy. Kiedy przelewam swoje myśli, czuję, że zrzucam to wszystko, co chciało się wydostać z mojego umysłu. I stało się, poszło w świat. Mam dziwne przeczucie, że istnieje pewne równanie, które każdy potrafiłby obliczyć lub po prostu podstawić swoje zmienne:

spokój + cierpliwość = sukces

idę po swoje, w nieznane

Źródło motywacji i natchnienia

Niektórzy znajdują ją po zażyciu pewnej dawki alkoholu, niektórzy po osiągnięciu czegoś na pozór nie do zdobycia, niektórzy odkrywają ją w jedzeniu (często niesłusznie…), a ja? Dziś odkryłam, że odnajduję ją, kiedy w spokoju mogę pobyć ze sobą i zwyczajnie posłuchać muzyki, którą kocham. Nie muszę specjalnie dobierać utworów pod publikę, nie muszę pytać co kto lubi. Szczerze, mam to gdzieś.

Uruchamiam jeden przycisk, a potem muzyka automatycznie wydobywa się, z nieco charczących, głośników. To jest mój sposób medytacji. W głowie pojawia się istne wojsko myśli. Szturmują całe ciało, tak jakby to było już zaplanowane. Bardzo polubiłam tę strategię. Tak wybucha wojna mentalna. Dźwięki stanowczo wymierzają w wewnętrznego krytyka, który pada po pierwszej nucie.

Jak to jest, że w piątkowy wieczór, słuchając muzyki, czuję się, jakbym była co najmniej w najlepszym miejscu na świecie? Chyba w  końcu jestem – w swoim ciele.

Składam ręce w akcie dziękczynienia. Jesteśmy tu tylko na chwilę.

Motywacja

Charlotte

Wszędzie szyldy, wpisy,  noty, presja. Mam wrażenie, że całkowicie zaatakowało nas słowo „motywacja”. Kiedyś kurs trzy razy „M”, dziś tylko razy jeden. Jak tak słucham wypowiedzi wszelkich psychologów, psychoterapeutów i innych znawców współczesnego życia (bo przecież każdy dziś jest specem od wszystkiego), to czuję paraliż i stagnację. Trzeba to mieć, trzeba być zmotywowanym. Musisz  – inaczej nie podążysz za modą XXI wieku. Co topowego w tej garderobie? Ano, na głowie szykowna presja ideału, tors przykrywa gwałtowna zmiana uczuć, natomiast dół opasa nowoczesny rytm dobowy. Nie zapominajmy o błyskotliwych dodatkach, które podkreślają ten arcy-piękny wizerunek. Jest nimi ta magiczna motywacja.

Zdemotywowane społeczeństwo musi szukać inspiracji, by ruszyć cztery litery z kanapy. Jednak niestety, z sufitu nie będzie zwisał żaden bodziec, który cię podniesie. W Internecie nie wyczytasz prawdy objawionej.

Moja definicja? Motywacja to synonim działania. Pracując, zyskuję natchnienie i chęci. Już w trakcie, wizualizuję sobie końcowy etap, moją metę. Widzę, jak ciężkimi staraniami, przecinam ciałem proporczyk zatytułowany: „zadanie wykonane”.  Usuwam te, dość popularne, stresory, robiąc to, co do mnie należy. Obowiązek, skrupulatność i pasję dorzucam sobie na śniadanie, tak z rana, do kawki. I w sumie jest mi dobrze. Fajne to życie.