najnowsze wpisy

#przepis na babeczki marchewkowe

Jeśli nie wiesz, co by tu szybko zrobić słodkiego i w miarę zdrowego na niedzielę, przychodzę z przepisem na babeczki marchewkowe!

JEDNA BABECZKA TO OK. 80 kcal

SKŁADNIKI

ok. 200 gramów startej marchewki

130 g banana

25 g oleju rzepakowego

jajko

25 g miodu

20 g mąki jaglanej + 100 g mąki pszennej – można tylko pszenną

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

trochę sody oczyszczonej i trochę soli

3 łyżeczki erytrytolu

BONUS: ok. 25/27 g czekolady białej (pokrojonej w kosteczki)

WYKONANIE

Mieszamy ze sobą wszystkie składniki (ja najpierw preferuję wrzucać do miski te mokre, a następnie suche), wkładamy do papilotek lub foremek na muffiny, a następnie do rozgrzanego piekarnika (180 st.). Pieczemy ok 25-30 minut w zależności od piekarnika. Nie trzymam się ściśle tych czasów pieczenia, należy obserwować swoje dzieło:) Jak się zarumieni – należy wyjąć, a potem delektować się!

Mój minimalizm

Ostatnio zauważyłam, że im mniej, tym lepiej. Począwszy od jedzenia, skończywszy na posiadaniu. Właściwie to wszystko, dzięki pandemii. Jakoś rok temu odkryłam, czym minimalizm może być. Nie w głowie mi już gromadzenie niepotrzebnych rzeczy, bo: „tak wypada” bądź żeby komuś zaimponować. Stworzyłam zatem punkty, które stanowią podsumowanie i definicję mojego minimalizmu:

  1. Kupowanie tylko potrzebnych rzeczy według listy
    Jedzenie – uprzednio planuję posiłki na cały tydzień, po czym robię zakupy według założonego planu.
    Ubrania – rzadko kupuję. Preferuję zakup tego, co faktycznie potrzebne. Nie żeby udowodnić swój statut.
  2. Czyste biurko przy pracy zdalnej – bez tego ani rusz. Większość rzeczy wokół mnie rozprasza.
  3. Sprzątanie na bieżąco – moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu nie muszę przeznaczać całego dnia na wielkie porządki.
  4. Kolory ubrań – raczej stawiam na takie zwyczajne barwy, bez udziwnień i wzorów. Tak czuję się najlepiej.
  5. Pozbywanie się rupieci – co jakiś czas robię remanent mieszkania, wyrzucam to, o czym już dawno nie pamiętam, a jedynie zagraca przestrzeń.

NAJWAŻNIEJSZE!
Minimalizm to ograniczenie do minimum wymagań, potrzeb i dążeń. Nie narzucam sobie zatem jakiegoś rygoru. Owszem, dążę do realizacji przeróżnych celów, ale staram się cieszyć z procesu tworzenia. Bo dlaczego mamy mieć w głowie tylko szczyt góry? Widoki po drodze też mogą być całkiem przyjemne. Tego się trzymam. Mój minimalizm to lżejsze życie, bez balastu.

Twórczość lekarstwem na stres

Kiedy pandemia przejmuje ulice, bary, szkoły, siłownie i każde inne miejsce na świecie – ja sobie lubię potworzyć. I to jest dobre.

Po całym dniu pracowania zdalnego, odcinam się od wszystkiego i tworzę. Łączę sobie zdania, piszę o czym tylko chcę, notuję jak najwięcej. Ten blog stanowi pewną formę pamiętnika dla mnie. Zawsze mogę właśnie tutaj przelać wszelkie skumulowane myśli, które nagromadziły się w mojej głowie przez cały dzień. Lubię ten stan, gdy każde zadanie już zostało wykonane, gdy zostaje mi tylko (a może aż?) poświęcenie czasu sobie. Choć nie wierzę za bardzo w horoskopy, to czasem zerkam na swojego Lwa, w nadziei, że wszechświat coś tam przyszykował nowego. Ten na 2021 mówi, że spełnię swoje marzenie.

I chyba o to chodzi, prawda? By pod koniec ciężkiego dnia – w pracy, szkole, gdziekolwiek – nadal wierzyć, mieć przeczucie, że każdy dzień jest coraz lepszy. Wszystko po to, by ten ostatni był najbardziej wyjątkowy.

Czasem gubię się w Internecie, obserwując osoby, którym tylko zazdroszczę. A nie sztuką jest zazdrość. Sztuką jest znaleźć w każdej napotkanej osobie dawkę inspiracji.

Inspirujmy się nawzajem.

#przepis na domowe pączki

Komu tego domowego cuda?! Dziś przychodzę z przepisem na domowe pączki! Nie musicie zastanawiać się, co się skrywa w pączkach z piekarni – tutaj poznacie cały skład tego smakołyku!

SKŁADNIKI:

  • 50 ml ciepłego mleka
  • 25 g świeżych drożdży
  • 185 g mąki (100 g pszennej, 85 g ryżowej)
  • 25 g cukru
  • sól
  • 2 jajka
  • 85 g masła

WYKONANIE:

rozczyn – wymieszać ze sobą: ciepłe mleko, drożdże, łyżeczka cukru, łyżka mąki, owinąć ręcznikiem i położyć w ciepłym miejscu, poczekać aż drożdże urosną i się całkiem spienią (około 10 minut)

miska – do miski wsypać mąkę, cukier oraz sól.

Dodać rozczyn, a następnie jajka – zmiksować.

Następnie dodać masło i wyrabiać ciasto rękami.

W razie gdyby było zbyt klejące – dodać więcej mąki. Pozostawić pod przykryciem ok. 30 min. do godziny – do wyrośnięcia.

Kolejnym krokiem jest formowanie ciasta – tutaj dowolność: można rozwałkować, wyciąć kółka i w te kółka wkładać różne pyszności (np. dżem) lub tak jak ja: odrywać po kawałku, formować kulki, a następnie wkładać w nie przygotowane słodkości (czyli w moim przypadku: budyń oraz marmolada).

Piekarnik nagrzać do ok. 180 stopni.

Pączki wyłożyć na papiloty bądź papier do pieczenia, wstawić do piekarnika

po 20-25 minutach można wyłożyć z piekarnika

Udekorować można według własnych preferencji: cukier puder, czekolada, jak kto woli.

Co przyniesie 2021?

Islandia 2k20

Rok 2020 był dla mnie naprawdę wyjątkowy i wbrew pozorom – pełen podróży i nowych wrażeń. Byłam w Norwegii, Danii i na Islandii! Kto by pomyślał, prawda? Dzięki temu, że wyhaczyłam tanią opcję płynięcia promem, znalazłam się właśnie w tych dwóch pierwszych państwach. Ponadto: udało mi się zdobyć awans w pracy, zrzuciłam kilka kilogramów, polubiłam nieco bardziej siebie – i wiele innych dobrych rzeczy.

Jednak nie o podsumowaniu poprzedniego roku.

Co się wydarzy w 2021 roku?

Chciałabym to wiedzieć. Pragnę podróży, nowych doświadczeń, inspiracji, poznania ciekawych osób, wyjścia do jakiejś dobrej knajpy ze znajomymi, zabawy na imprezie z nimi aż do rana… I to się spełni. W tym roku mam dziwne przeczucie, że będzie naprawdę wyjątkowo! Już od nocy sylwestrowej spłynęła na mnie jakaś pozytywna energia – mam więcej zapału, chęci do działania, motywacji. Zaczęłam więcej czytać, rozwijać się, zaczęłam więcej chcieć. Chcę więcej i więcej – stąd nazwałam ten rok, tak sama dla siebie, ROKIEM ODKRYWANIA. Wspomnę ten post, jak 2021 będzie się kończył. Wiem, że wszystko się spełni. Będzie nawet lepiej. Trzymam się mojego ulubionego motta: ŻYCIE UKŁADA O WIELE LEPSZE SCENARIUSZE OD NAS.

Chcę brać to wszystko, co podsuwa mi los. Już za dużo straconych szans, za mało zaangażowania. Teraz będzie mój czas – czas zdobywania. Pora pójść po to, o czym marzę. Niby banał, ale dopiero zaczynam to wszystko rozumieć. Przy okazji chcę być mniej surowa dla samej siebie.

Najlepszy przyjaciel to ten w lustrze.

Dlatego odpowiadając na pytanie tytułowe – wydarzy się dużo. Pewnie nie raz będziecie musieli zmierzyć się z trudnościami. Jednak sądzę, że każdy odkryje w tym 2021 coś siebie. O znaleziskach i zdobytych szczytach jeszcze się będziecie wszystkim chwalić. Tak będzie.

Jak być bardziej zorganizowanym?

Jak się ogarnąć? Jaki planer wybrać? Jaki kalendarz? Jak się zorganizować w chaosie dnia codziennego? Już przychodzę z pomocą!

Ludzie dzielą się miedzy innymi na takich, którzy kochają planować i na tych, preferujących pełen spontan – nie w głowie im daty, godziny, liczy się tu i teraz.

Zaliczam się zdecydowanie do tych, którzy mają pod kontrolą swój czas. Przedstawię dziś mój przepis na to, by ogarnąć cały tydzień.

Jak się zorganizować?

Przede wszystkim warto jest zainwestować w dobry planer lub kalendarz. Osobiście długo bazowałam na zwykłej kartce (dla osób, które lubią oszczędzać). Rysowałam kratki z każdym dniem miesiąca, a następnie uzupełniałam je o ważne wydarzenia  i nawyki, wpisujące się w moje życie. Co zatem zawarłam?

  • Treningi  – zdecydowanie mój priorytet. Ustalałam sobie moje minimum treningów, które chcę wykonać  (3x). Dodatkowo załączałam zaplanowaną aktywność poza treningami – spacery, cardio, kroki itp.
  • Spotkania – jako nauczyciel mam często napięty grafik: rady pedagogiczne, spotkania z rodzicami czy uczniami, spotkania towarzyskie, ewentualnie wizyty lekarskie.
  • Nauka – planuję często dni, które przeznaczam na samorozwój (szkolenia, e-learning itp.)
  • Praca – przygotowanie zajęć, sprawdzanie prac – odpowiednie zaplanowanie pracy w zawodzie nauczyciela jest bardzo kluczowe, inaczej można zakopać się w natłoku papierów.
  • Czytanie – w tym roku nie daję za wygraną moim zaległościom lekturowym! Wpisuję zaplanowane czytanie książek! Aktualnie: Nawyki warte miliony.
  • Jedzenie – myślę, że  to istotna kwestia, zarówno ze względów zdrowotnych jak i ekonomicznych. Kiedy zaplanuję sobie cały tydzień jedzenia, wiem jakie produkty zakupić, a także utrzymuję swoją wagę w ryzach, ponieważ nic innego nie wpada w mój jadłospis – poza tym, co zaplanowałam.

Po czasie marnowania makulatury, zrezygnowałam z ręcznego tworzenia kalendarza. Zakupiłam natomiast na Allegro bardzo ujmujący i praktyczny planer. Poza rozpiską dni w miesiącu, zawiera jeszcze plan na każdy dzień (łącznie z zadaniami priorytetowymi i zadaniami ogólnymi). Podoba mi się także spis godzinowy, który wykorzystuję do swojej pracy.

Moje motto – dobry planer, dobre żyćko!

#przepis na muffinki czekoladowe bez glutenu

Komu? Komu czekoladowe babeczki bez glutenu?! Te muffiny to dla mnie mały grzech na restrykcyjnym jedzeniu przy kandydozie. Załączam przepis – bierzcie i dzielcie się z innymi! JEDNA FIT BABECZKA TO OK. 90 kcal! Jak nie przytyć w tłusty czwartek? ZROBIĆ TE BABECZKI!

Składniki:

150 g mleka bez laktozy 1,5%

130 g mąki ryżowej

Jajko

ok. 50 g oleju rzepakowego

łyżeczka proszku do pieczenia

20 g kakao

5 g dowolnego słodzika (u mnie był to cukier kokosowy oraz łyżka erytrytolu), można użyć jakiegokolwiek lub też dodać trochę miodu

Wykonanie:

Wszystko miksujemy, wkładamy do foremek i wstawiamy do piekarnika, uprzednio rozgrzanego do ok. 180 stopni, na 25/30 minut

Następnie delektujemy się pysznym smakiem!

Moja przyjaciółka – candida

Od początku

Od ponad dwóch lat borykałam się z bolącą głową czy zatokami. Myślę, że za pieniądze, które wydałam na wszystkich lekarzy (laryngolodzy, neurolodzy, dentyści…), mogłabym spokojnie przeznaczyć nawet na zakup niewielkiego samochodu. Poza wyżej wymienionymi dolegliwościami zauważyć mogłam także: spadek nastroju, wahania nastroju, nerwica, lęki, ciągłe uczucie zimna, ospałość, niechęć do wszystkiego i wszystkich, załamanie, smutek, apatia, nalot na języku, zatkany nos, ból gałek ocznych, rozdrażnienie i uporczywe miesiączkowanie. Nie wiedziałam kompletnie, co mi jest. Żaden lekarz po medycynie nie potrafił mi pomóc. Wizyty kończyły się zazwyczaj po 15 minutach, skwitowane receptą na zatoki albo suplementami na odporność. Bujałam się dalej wraz z moimi objawami, a lekarzy odpuściłam, bo kasowali niezłe siano za usługi. A raczej ich brak.

Zaczęłam czytać

Większość społeczeństwa pewnie, zanim pójdzie w ogóle do lekarza, próbuje na własną rękę odkryć, co im jest. Należałam również do tej elity. Jednak zamiast głupio wpisywać objawy w Google, które zwykle kończyły się rakiem, poszukiwałam książek i artykułów. Zaczęłam łączyć fakty. Robiłam listy, notatki – tak jakbym była detektywem własnego ciała, jakbym próbowała dotrzeć, rozwikłać zagadkę, którą skrywa…

Co mnie nakierowało?

Jestem trochę fit świrkiem – zatem pewnie czytanie o zdrowej żywności miało wpływ na moje wielkie odkrycie. Jednak po kolei:

  1. Samoleczenie – dokument na Netflixie, który pokazał mi, że wszystko jest w głowie i wystarczy czasem zmiana myślenia, by wygnać chorobę. Dodatkowo warto też spojrzeć na jedzenie, jakie się przyjmuje. Zaczęłam więc się wgłębiać coraz bardziej. Spisywać, co jem.
  2. Biologia przekonań – książka, którą wyłapałam przez ułamek sekundy u kobiety prowadzącej powyższy dokument. Jak się okazało – wgłębienie w psychikę zaczęło mieć większy sens.
  3. Nalot na języku – w końcu się zorientowałam, że to nie jest normalne. Biały nalot na języku, utrzymujący się już 2 lata? Kolejny wpis do notatek!
  4. Jedz, by pokonać chorobę – zamówiłam tę pozycję z czystej ciekawości. Wcale nie żałuję. Wyczytałam tam wiele rzeczy, dotyczących żywienia.
  5. Szczypiący język – to już była faza niepokojąca. Szczególnie szczypał przy przyjmowaniu słodkich produktów, ostrych oraz po wszelkich produktach mlecznych. Ciało już wtedy mówiło: „DOŚĆ”.
  6. Leczenie dietą. Wygraj z candidą! – dzięki tej książce zrozumiałam, czym tak właściwie jest kandydoza. Grzyb, który opanował moje ciało, który uderzył w zatoki, przez który muszę całe życie i żywienie wywrócić do góry nogami.
  7. Wizyta u dietetyka, biorezonans – właśnie wizyta u kobiety, która preferuje leczenie naturalnymi sposobami, bez żadnych restrykcji, spowodowało, że wyrok padł jednoznacznie – kandydoza.

    Ponadto: moja lekarka wykryła także obecność pasożytów, olbrzymi niedobór magnezu i witaminy D3, a także alergię na laktozę.

I co teraz?

Po ścisłym wywiadzie okazało się również, że moja dieta jest praktycznie monotonna, pomimo tego, że dobrze skomponowana. Do tej pory czułam, że jestem wszechwiedząca, że każde dane na temat żywności już widziałam. Jednak nie potrafiłam zmienić tak prostej rzeczy jak urozmaicenie. Nie mogłam pojąć, że nie można codziennie jeść tego samego produktu, w dodatku wplatając je w niemalże każdy posiłek. U mnie było to masło orzechowe (oczywiście wliczone w bilans). Dowiedziałam się, że jadłam właściwie codziennie artykuły spożywcze, które powodują zbyt dużo śluzu w organizmie (banany, masło orzechowe, gluten, laktoza itd.). Wiadomo, każdy organizm jest inny i teraz rozumiem, iż dokładnie przeprowadzony wywiad ma sens.

Aktualnie leczę się sesjami biorezonansu, zażywam naturalne suplementy (typu czarny orzech czy czosnek). Chcę wyrzucić z siebie to ohydztwo. Jednak doskonale wiem, że skoro przez dwa lata karmiłam grzyba w sobie, to nie pozbędę się go tak szybko. Żegnajcie cukry proste, laktozo, glutenie, moje ukochane masło orzechowe. Witaj zdrowie, witalność. Witaj, moje nowe życie.

foto z Islandii – tak właśnie teraz się czuję, w końcu, bez pozowania

Gdzie w góry w czasach pandemii? Mały reset na weekend

Internet w dzisiejszych czasach (czasach koronawirusa) przepełniony jest pytaniami. Nikt nic nie wie, każdy szuka odpowiedzi. Pośród tej codziennej walki, czasem ma się ochotę po prostu powiedzieć: „stop”. Przystanąć na chwilę. Zaszyć się gdzieś daleko, najlepiej wokół natury – gdzie będzie cisza i spokój. Tak chociaż na weekend, na ten moment.

Znajdź swój moment!

U mnie był to spontan. Nie wyszukiwałam w Google popularnych haseł lub też słynnego: „Gdzie w góry w pandemii?„. Miało być najbliżej miejsca zamieszkania, tanio za przejazd (mniej km, więcej oszczędności). Zatem padło na Karpacz, ale że to oblegane miejsce turystycznie, to zdecydowałam się na nocleg w Jeleniej Górze. Ta z kolei niezbyt przypadła mi do gustu (ale to tylko moje subiektywne odczucie).

Naładuj baterie przez jeden dzień

Tak jak czasem maltretuję swoją baterię iPhone’a – tak o tej swojej, wewnętrznej, często mi się zapomina. W moim przypadku był to tylko jeden dzień, jeden szlak, prowadzący na Śnieżkę. Czuję, że naładował mnie pozytywną energią, wibracjami na cały tydzień albo i więcej.

Reasumując – niezagrzewanie tyłka na ciepłej kanapie zdecydowanie się opłaca. Moje ciało dziękuje mi po stokroć za wystawienie na naturalne warunki, na całkowite zjednoczenie się z obecną porą roku. Nie przepadam za zimą. Wolę, gdy promienie słońca muskają moją skórę przy zwiedzaniu, opalaniu. Jednak właśnie to niemałe ochłodzenie pobudza do działania.

W końcu człowiek od zarania dziejów obcował z naturą. Wystawiał się na wszelkie zagrożenia. Przy odrobinie szczęścia – celebrował zwycięstwa.

mały ukłon w stronę natury

#przepis – inspiracja na lunch

Czasem sobie także kucharzę, więc co piątek będzie się pojawiał jeden z moich przepisów.

Na dziś przygotowałam makaron w sosie curry, z mleczkiem kokosowym, cukinią i kurczakiem. Opcje vege też na pewno się pojawią, bez obaw.

PRZEPIS

Składniki:

pierś z kurczaka (ok 100-120 gramów)

mleczko kokosowe (ok. 50 gramów) lub jak kto woli – śmietanka 30% też będzie pasowała

makaron pełnoziarnisty (ok. 40 gramów) – u mnie jest to pełnoziarnisty firmy Triadell, dostępny w Lidlu

cukinia (ok. 130 gramów)

masło osełka/oliwa z oliwek (ok. 5 gramów)

ząbek czosnku

curry, kurkuma

Wykonanie:

  1. Pierś z kurczaka pokroić w kostki, zamarynować w 5 g oliwy z oliwek, dosypać łyżeczkę curry oraz kurkumę
  2. Patelnię rozgrzać, dorzucić masło. W międzyczasie pokroić cienko czosnek, następnie wrzucić na rozgrzaną patelnię – zeszklić.
  3. Makaron ugotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
  4. Cukinię pokroić w kostkę, następnie wrzucić na patelnię. Posypać delikatnie kurkumą, solą i pieprzem.
  5. Wrzucić zamarynowanego kurczaka. Wymieszać.
  6. Smażyć ok. 6-10 minut.
  7. Wlać mleczko kokosowe/śmietankę. Gotować, co chwilę mieszając przez 5 minut.
  8. Na sam koniec wrzucić ugotowany i odcedzony makaron – lub jak kto woli, można także osobno podawać makaron z przygotowanym daniem.

Całość na jedną porcję wychodzi ok. 350 kcal – w zależności w jakiej ilości poda się śmietankę/mleko kokosowe.