Trening i plany sportowe

Od zeszłego roku trwale towarzyszy mi trening siłowy. Na Instagramie znalazłam dziewczynę, która promuje zdrowy styl życia i całkiem nieźle jej to wychodzi. Zakupiłam zatem od niej plany treningowe i żywieniowe – i ruszyłam do działania. Cel? Zrzucenie zbędnego balastu (ok. 5 bezsensownych kilogramów) i wyrzeźbienie ciała, żeby było bardziej jędrne, a nie jakieś obwisłe.

Jestem wręcz zakochana w tym procesie kształtowania sylwetki. Z każdym dniem widzę efekty mojej ciężkiej pracy. Do treningów dokupiłam sobie także hantle oraz gumy oporowe. Wbrew temu, co się dzieje dookoła nas – ja urządziłam sobie domową siłownię. Ile razy trenuję? Wystarczy mi 3 razy w tygodniu. Nie przemęczam się, wykonuję tylko te ćwiczenia, które naprawdę lubię.

Nigdy aktywność fizyczna nie przynosiła mi tyle radości, a zarazem tylu profitów. Nie katuję się niekończącym się cardio. Mój organizm zdecydowanie nie znosi takiej formy aktywności. Natomiast po ciężkim dniu w pracy, uwielbia opór, który stawia sam sobie. Przezwyciężanie swoich słabości to największa nagroda.

Czy jedzenie może być lekarstwem?

Dobra szama to podstawa! Ale czy istnieje tak naprawdę lista top zdrowych produktów? Nie wydaje mi się.

Przez to, że dopadła mnie kandydoza, mogę co nieco się wypowiedzieć w tej kwestii. Razem z moją dietetyczką ustaliłyśmy plan działania. Naczytałam się masy wiadomości o kandydozie – co można, czego nie można jeść… I właściwie w tym miejscu zaczęłam wariować. Odrzucić praktycznie wszystko i spożywać to, co mi niekoniecznie pasuje – niezbyt dobrze brzmi.

Jednak moja dietetyczka spadła mi niemalże z nieba. Zdecydowała, że moje leczenie musi przebiegać stopniowo i etapowo. Zatem wykluczyłyśmy całkowicie cukier, żywność przetworzoną, laktozę oraz gluten (z tym ostatnim aż tak wielkich restrykcji nie robiłam, po prostu – ograniczyłam).

I tutaj dochodzimy do najważniejszego – słuchania organizmu. On wie najwięcej.

Ja słucham mojego języka! Może brzmi to komicznie, ale niektóre produkty sprawiają, że mnie szczypie i czasem pojawia się na nim biały nalot. To zdecydowanie sygnał, że organizm nie przyjmuje danego pożywienia.

Zamieniam się zatem stale w słuch. Bez antybiotyków. Bez reżimu.

Mój minimalizm

Ostatnio zauważyłam, że im mniej, tym lepiej. Począwszy od jedzenia, skończywszy na posiadaniu. Właściwie to wszystko, dzięki pandemii. Jakoś rok temu odkryłam, czym minimalizm może być. Nie w głowie mi już gromadzenie niepotrzebnych rzeczy, bo: „tak wypada” bądź żeby komuś zaimponować. Stworzyłam zatem punkty, które stanowią podsumowanie i definicję mojego minimalizmu:

  1. Kupowanie tylko potrzebnych rzeczy według listy
    Jedzenie – uprzednio planuję posiłki na cały tydzień, po czym robię zakupy według założonego planu.
    Ubrania – rzadko kupuję. Preferuję zakup tego, co faktycznie potrzebne. Nie żeby udowodnić swój statut.
  2. Czyste biurko przy pracy zdalnej – bez tego ani rusz. Większość rzeczy wokół mnie rozprasza.
  3. Sprzątanie na bieżąco – moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu nie muszę przeznaczać całego dnia na wielkie porządki.
  4. Kolory ubrań – raczej stawiam na takie zwyczajne barwy, bez udziwnień i wzorów. Tak czuję się najlepiej.
  5. Pozbywanie się rupieci – co jakiś czas robię remanent mieszkania, wyrzucam to, o czym już dawno nie pamiętam, a jedynie zagraca przestrzeń.

NAJWAŻNIEJSZE!
Minimalizm to ograniczenie do minimum wymagań, potrzeb i dążeń. Nie narzucam sobie zatem jakiegoś rygoru. Owszem, dążę do realizacji przeróżnych celów, ale staram się cieszyć z procesu tworzenia. Bo dlaczego mamy mieć w głowie tylko szczyt góry? Widoki po drodze też mogą być całkiem przyjemne. Tego się trzymam. Mój minimalizm to lżejsze życie, bez balastu.

Twórczość lekarstwem na stres

Kiedy pandemia przejmuje ulice, bary, szkoły, siłownie i każde inne miejsce na świecie – ja sobie lubię potworzyć. I to jest dobre.

Po całym dniu pracowania zdalnego, odcinam się od wszystkiego i tworzę. Łączę sobie zdania, piszę o czym tylko chcę, notuję jak najwięcej. Ten blog stanowi pewną formę pamiętnika dla mnie. Zawsze mogę właśnie tutaj przelać wszelkie skumulowane myśli, które nagromadziły się w mojej głowie przez cały dzień. Lubię ten stan, gdy każde zadanie już zostało wykonane, gdy zostaje mi tylko (a może aż?) poświęcenie czasu sobie. Choć nie wierzę za bardzo w horoskopy, to czasem zerkam na swojego Lwa, w nadziei, że wszechświat coś tam przyszykował nowego. Ten na 2021 mówi, że spełnię swoje marzenie.

I chyba o to chodzi, prawda? By pod koniec ciężkiego dnia – w pracy, szkole, gdziekolwiek – nadal wierzyć, mieć przeczucie, że każdy dzień jest coraz lepszy. Wszystko po to, by ten ostatni był najbardziej wyjątkowy.

Czasem gubię się w Internecie, obserwując osoby, którym tylko zazdroszczę. A nie sztuką jest zazdrość. Sztuką jest znaleźć w każdej napotkanej osobie dawkę inspiracji.

Inspirujmy się nawzajem.

Moja przyjaciółka – candida

Od początku

Od ponad dwóch lat borykałam się z bolącą głową czy zatokami. Myślę, że za pieniądze, które wydałam na wszystkich lekarzy (laryngolodzy, neurolodzy, dentyści…), mogłabym spokojnie przeznaczyć nawet na zakup niewielkiego samochodu. Poza wyżej wymienionymi dolegliwościami zauważyć mogłam także: spadek nastroju, wahania nastroju, nerwica, lęki, ciągłe uczucie zimna, ospałość, niechęć do wszystkiego i wszystkich, załamanie, smutek, apatia, nalot na języku, zatkany nos, ból gałek ocznych, rozdrażnienie i uporczywe miesiączkowanie. Nie wiedziałam kompletnie, co mi jest. Żaden lekarz po medycynie nie potrafił mi pomóc. Wizyty kończyły się zazwyczaj po 15 minutach, skwitowane receptą na zatoki albo suplementami na odporność. Bujałam się dalej wraz z moimi objawami, a lekarzy odpuściłam, bo kasowali niezłe siano za usługi. A raczej ich brak.

Zaczęłam czytać

Większość społeczeństwa pewnie, zanim pójdzie w ogóle do lekarza, próbuje na własną rękę odkryć, co im jest. Należałam również do tej elity. Jednak zamiast głupio wpisywać objawy w Google, które zwykle kończyły się rakiem, poszukiwałam książek i artykułów. Zaczęłam łączyć fakty. Robiłam listy, notatki – tak jakbym była detektywem własnego ciała, jakbym próbowała dotrzeć, rozwikłać zagadkę, którą skrywa…

Co mnie nakierowało?

Jestem trochę fit świrkiem – zatem pewnie czytanie o zdrowej żywności miało wpływ na moje wielkie odkrycie. Jednak po kolei:

  1. Samoleczenie – dokument na Netflixie, który pokazał mi, że wszystko jest w głowie i wystarczy czasem zmiana myślenia, by wygnać chorobę. Dodatkowo warto też spojrzeć na jedzenie, jakie się przyjmuje. Zaczęłam więc się wgłębiać coraz bardziej. Spisywać, co jem.
  2. Biologia przekonań – książka, którą wyłapałam przez ułamek sekundy u kobiety prowadzącej powyższy dokument. Jak się okazało – wgłębienie w psychikę zaczęło mieć większy sens.
  3. Nalot na języku – w końcu się zorientowałam, że to nie jest normalne. Biały nalot na języku, utrzymujący się już 2 lata? Kolejny wpis do notatek!
  4. Jedz, by pokonać chorobę – zamówiłam tę pozycję z czystej ciekawości. Wcale nie żałuję. Wyczytałam tam wiele rzeczy, dotyczących żywienia.
  5. Szczypiący język – to już była faza niepokojąca. Szczególnie szczypał przy przyjmowaniu słodkich produktów, ostrych oraz po wszelkich produktach mlecznych. Ciało już wtedy mówiło: „DOŚĆ”.
  6. Leczenie dietą. Wygraj z candidą! – dzięki tej książce zrozumiałam, czym tak właściwie jest kandydoza. Grzyb, który opanował moje ciało, który uderzył w zatoki, przez który muszę całe życie i żywienie wywrócić do góry nogami.
  7. Wizyta u dietetyka, biorezonans – właśnie wizyta u kobiety, która preferuje leczenie naturalnymi sposobami, bez żadnych restrykcji, spowodowało, że wyrok padł jednoznacznie – kandydoza.

    Ponadto: moja lekarka wykryła także obecność pasożytów, olbrzymi niedobór magnezu i witaminy D3, a także alergię na laktozę.

I co teraz?

Po ścisłym wywiadzie okazało się również, że moja dieta jest praktycznie monotonna, pomimo tego, że dobrze skomponowana. Do tej pory czułam, że jestem wszechwiedząca, że każde dane na temat żywności już widziałam. Jednak nie potrafiłam zmienić tak prostej rzeczy jak urozmaicenie. Nie mogłam pojąć, że nie można codziennie jeść tego samego produktu, w dodatku wplatając je w niemalże każdy posiłek. U mnie było to masło orzechowe (oczywiście wliczone w bilans). Dowiedziałam się, że jadłam właściwie codziennie artykuły spożywcze, które powodują zbyt dużo śluzu w organizmie (banany, masło orzechowe, gluten, laktoza itd.). Wiadomo, każdy organizm jest inny i teraz rozumiem, iż dokładnie przeprowadzony wywiad ma sens.

Aktualnie leczę się sesjami biorezonansu, zażywam naturalne suplementy (typu czarny orzech czy czosnek). Chcę wyrzucić z siebie to ohydztwo. Jednak doskonale wiem, że skoro przez dwa lata karmiłam grzyba w sobie, to nie pozbędę się go tak szybko. Żegnajcie cukry proste, laktozo, glutenie, moje ukochane masło orzechowe. Witaj zdrowie, witalność. Witaj, moje nowe życie.

foto z Islandii – tak właśnie teraz się czuję, w końcu, bez pozowania

Gdzie w góry w czasach pandemii? Mały reset na weekend

Internet w dzisiejszych czasach (czasach koronawirusa) przepełniony jest pytaniami. Nikt nic nie wie, każdy szuka odpowiedzi. Pośród tej codziennej walki, czasem ma się ochotę po prostu powiedzieć: „stop”. Przystanąć na chwilę. Zaszyć się gdzieś daleko, najlepiej wokół natury – gdzie będzie cisza i spokój. Tak chociaż na weekend, na ten moment.

Znajdź swój moment!

U mnie był to spontan. Nie wyszukiwałam w Google popularnych haseł lub też słynnego: „Gdzie w góry w pandemii?„. Miało być najbliżej miejsca zamieszkania, tanio za przejazd (mniej km, więcej oszczędności). Zatem padło na Karpacz, ale że to oblegane miejsce turystycznie, to zdecydowałam się na nocleg w Jeleniej Górze. Ta z kolei niezbyt przypadła mi do gustu (ale to tylko moje subiektywne odczucie).

Naładuj baterie przez jeden dzień

Tak jak czasem maltretuję swoją baterię iPhone’a – tak o tej swojej, wewnętrznej, często mi się zapomina. W moim przypadku był to tylko jeden dzień, jeden szlak, prowadzący na Śnieżkę. Czuję, że naładował mnie pozytywną energią, wibracjami na cały tydzień albo i więcej.

Reasumując – niezagrzewanie tyłka na ciepłej kanapie zdecydowanie się opłaca. Moje ciało dziękuje mi po stokroć za wystawienie na naturalne warunki, na całkowite zjednoczenie się z obecną porą roku. Nie przepadam za zimą. Wolę, gdy promienie słońca muskają moją skórę przy zwiedzaniu, opalaniu. Jednak właśnie to niemałe ochłodzenie pobudza do działania.

W końcu człowiek od zarania dziejów obcował z naturą. Wystawiał się na wszelkie zagrożenia. Przy odrobinie szczęścia – celebrował zwycięstwa.

mały ukłon w stronę natury

Jakie książki czytać?

Jak prawie każdego – do lektur niezbyt mnie zawsze ciągnęło. Znalazły się oczywiście takie, które miały do zaoferowania jakąś ciekawą wartość, jednak zwykle były to nużące pozycje.

W trakcie mojej niechęci do papierowej wersji czyichś myśli, odkryłam pewnego dnia cudowną Jodi Picoult, która bez reszty porywa i wciąga w każde zapisane słowo. Jednak nie o niej dziś mowa.

Czasem trudno przysiąść, skupić się i wgłębić w książkę. Jak to zrobić? Przecież to takie straszne. W końcu większość rzeczy dookoła jest o wiele ciekawsza – telefon, telewizor, gry i inne takie bajery…

Moja recepta – jak zacząć w ogóle czytać?

Myślę, że warto zastanowić się nad tym, co nas po prostu interesuje. Osobiście zagłębiam tajniki rozwoju osobistego, poniekąd naprawy też swojego wnętrza (tutaj w szczególności pomogła mi Regina Brett). Poprzez moje problemy zdrowotne, zaczęłam czytać książki dosyć nietypowe dla humanisty – związane z leczeniem dietą, z makroskładnikami, z biologią człowieka. Zaskakujące, jak życie może nam podrzucać różne wskazówki.

W moje ręce trafiły niedawno trzy pozycje:

  1. Nawyki warte miliony (B. Tracy)
  2. Znajdź swoje DLACZEGO (S. Sinek)
  3. Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi (D. Carnegie)

Nigdy bym nie przypuszczała, że będę zagłębiać się w samą siebie, by poszukać odpowiedzi. Myślę, że każdy z nas często zadaje sobie różne pytania – dotyczące jego kariery, rozwoju osobistego, ludzi wokół niego… Stawianie pytań to nieodłączna część tego całego procesu.

Z chęcią pochwalę się, jak już przestudiuję te piękne perełki. Przy okazji podpatrzę, jak wygląda styl pisarski tych autorów.

Źródło motywacji i natchnienia

Niektórzy znajdują ją po zażyciu pewnej dawki alkoholu, niektórzy po osiągnięciu czegoś na pozór nie do zdobycia, niektórzy odkrywają ją w jedzeniu (często niesłusznie…), a ja? Dziś odkryłam, że odnajduję ją, kiedy w spokoju mogę pobyć ze sobą i zwyczajnie posłuchać muzyki, którą kocham. Nie muszę specjalnie dobierać utworów pod publikę, nie muszę pytać co kto lubi. Szczerze, mam to gdzieś.

Uruchamiam jeden przycisk, a potem muzyka automatycznie wydobywa się, z nieco charczących, głośników. To jest mój sposób medytacji. W głowie pojawia się istne wojsko myśli. Szturmują całe ciało, tak jakby to było już zaplanowane. Bardzo polubiłam tę strategię. Tak wybucha wojna mentalna. Dźwięki stanowczo wymierzają w wewnętrznego krytyka, który pada po pierwszej nucie.

Jak to jest, że w piątkowy wieczór, słuchając muzyki, czuję się, jakbym była co najmniej w najlepszym miejscu na świecie? Chyba w  końcu jestem – w swoim ciele.

Składam ręce w akcie dziękczynienia. Jesteśmy tu tylko na chwilę.

System szkolnictwa w Finlandii

Jako nauczyciel jestem ściśle z systemem szkolnictwa związana. Co prawda niezbyt długi okres, ale jednak. Zdążyłam się zorientować już dawno, że ten w Polsce nie jest idealny. Pewnego dnia obiło mi się o uszy to, jak funkcjonuje szkoła w Finlandii. Nieźle się zdziwiłam.

Czy uczniowie w Finlandii nie mają zadań domowych? Czy zwracają się do nauczycieli po imieniu? Te i inne ciekawostki doczytasz poniżej!

źródło: pinterest
  1. Nie ma tutaj żadnych egzaminów – przy rekrutacji do szkół średnich bierze się pod uwagę oceny ze świadectwa (Uczniowie w Finlandii rozpoczynają szkołę podstawową w wieku 7 lat, a gimnazjum kończą, gdy mają lat 16 (klasy 1–9). W tym czasie nie zdają żadnego standaryzowanego odgórnego testu. Co więcej, do klasy piątej otrzymują jedynie ocenę opisową, potem zaś oceny opierają się głównie na wynikach ucznia porównywanych z jego potencjałem).
  2. Nauczyciele nie są kontrolowani przez żadne kuratoria – wręcz przeciwnie. Każdy sobie pomaga. Lekcję może prowadzić nawet czterech nauczycieli, by zwiększyć jakość kształcenia.
  3. Nauczyciel jest zawodem poważanym/prestiżowym – zarobki są prawie na równi z zarobkami lekarzy np.
  4. Uczniowie pracują na tabletach – nie ma ciężkich plecaków.
  5. Wyposażone w pełni sale – sprzęty i inne bajery.
  6. Pełna autonomia uczenia się i nauczania – tutaj pełna dowolność. Uczniowie uczą się samych siebie. Zwłaszcza jeśli każdą przerwę trzeba spędzić na zewnątrz (nawet jeśli jest -15 stopni C), muszą zadbać o to, by odpowiednio się ubrać.
  7. Prace się zadaje – jednak jest ich bardzo mało.
  8. Nauczyciel ignoruje ucznia, który np. ma słuchawki w uszach podczas lekcji. W końcu i tak musi zaliczyć materiał w danym terminie.

    Dla mnie osobiście ciekawie jest poczytać o tym, co dzieje się niby blisko nas, a mentalnie jest zdecydowanie odległe. Warto poddać to refleksji. Bo co stoi na przeszkodzie, by coś zmienić?

    Źródła:
    http://www.e-mentor.edu.pl/_pdf/75/art_40-47_Szuchalska.pdf



Olejek CBD na walkę ze stresem

Dziś trochę inny wpis. NIE JEST TO REKLAMA – absolutnie nie.

Chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat olejku CBD.

Przez to, że aktualnie pracuję zdalnie sporo rzeczy zaczęło mnie stresować. Czy to sprzęt niedziałający, brak prądu, czasem brak zainteresowania po drugiej stronie i tego typu inne stresory. W dodatku mamy takie czasy (czas koronawirusowy), że można poczuć się jak w klatce. Ograniczone kontakty ludzkie także źle wpływają na samopoczucie.

Wtedy na ratunek przychodzi on – olejek CBD.

Przy okazji zachęcam do poczytania jakichś wartościowych artykułów o tym, że olejek CBD nie ma działania psychoaktywnego – ponieważ niektórzy nadal błędnie to pojmują.

Czy olejek CBD odmienia życie?

Powiedzmy sobie wprost – olejek jest świetny. Jednak wiadomo, nie rozwiązuje problemów psychicznych. Stanowi suplement diety, który rzeczywiście wspomaga nasze zdrowie. Nie zmieni on charakteru, sposobu bycia czy podejścia do niektórych rzeczy. Nie. Natomiast pozwoli lepiej funkcjonować w ciągu dnia – w pracy, szkole itd.

Jakie zauważyłam w sobie zmiany po stosowaniu olejku przez 2 tygodnie?

  1. Olejek CBD poprawia apetyt. Nie rzucasz się na jedzenie, tylko po prostu zaczynasz jeść ze smakiem i satysfakcją. Sprzyja to odchudzaniu (naprawdę), ponieważ jesz tylko wtedy, kiedy naprawdę jesteś głodny.
  2. Poprawia pracę jelit. Jeśli kortyzol (hormon stresu) pojawia się w twoim organizmie, olejek hamuje trochę jego działanie, w moim odczuciu rzecz jasna.
  3. Poprawia jakość snu. Śpi mi się o wiele lepiej, nie wybudzam się w nocy, a przy okazji zasypiam bardzo szybko. Śpię jak bobas!
  4. Czasem trochę uśmierza mój ból zatok – jednak nie jakoś spektakularnie.

Te kilka rzeczy byłam w stanie zaobserwować od początku stosowania olejku CBD. Póki co, polecam jak najbardziej stosowanie. Zwłaszcza w tym trudnym, pełnym stresu czasie.

Zdecydowałam się na zakupienie olejku z marki Kanaste (https://kanaste.pl) – z polecenia znajomych, więc dla mnie było to wiarygodne źródło. Do wyboru są dwie opcje smakowe – waniliowy oraz naturalny. Jako iż jestem waniliową królową – decyzja była prosta i szybka!