Kiedy ból wygrywa

Dziś trochę smutno. Nie może być wiecznie optymistycznie. Wchodzi teraz Temida i wprowadza równowagę. A ja otwieram tylko program do tworzenia treści, żeby przelać tu całą swoją frustrację.

Mamy zdobywać świat

Jak zdobyć świat, jak przenosić góry, kiedy wciąż coś nam dolega? Jak wydobyć z siebie energię życiową, skoro ból hamuje wszystko? Hamuje charakter, nasila lęki, uderza w coraz to inne organy. Ludzie mają różne ograniczenia, być może sami je sobie narzucają. Czasem się jednak zastanawiam, czy jedynym naszym ograniczeniem nie jest brak zdrowia? Zarówno tego fizycznego jak i psychicznego.

Zaczęłam się coraz bardziej interesować psychosomatyką. Wiele chorób powstaje głównie przez stres. Mój plan to zredukowanie go do minimum. Całość działań opiszę niedługo.

Sami sobie podpowiadamy podświadomie złe słowa, złe myśli, złe wizje. Czy właśnie nie to powoduje paraliż całego ciała? Dlaczego ono nie może funkcjonować w zdrowiu i szczęściu? Tyle się tego życzy każdemu, a jakoś widać wieczny deficyt.

Życzę sobie i wszystkim redukcji stresu oraz recepty na zdrowie.

prawdziwa ja, wersja szczęśliwa

unosi mnie żywioł

Masz prawo do odpoczynku

Odpoczynek? Czy w dzisiejszych czasach w ogóle istnieje taki termin? Wydaje mi się, że często to słowo bywa mylone z lenistwem.

Trudno o tę umiejętność odpoczywania, kiedy wokół każdy jest produktywny i wyciska z dnia sto procent. Sama się o tym przekonałam właśnie dziś – gdy mój organizm zaprotestował. Przystałam na jego nawoływania w postaci bólu głowy, brzucha i wszelkich innych objawów somatycznych. Zdecydowanie musiałam posłuchać własnego ciała. Zatem odpoczynek. Czyli co właściwie? Usiadłam na kanapie i rozejrzałam się wokół. Co dalej? Otóż byłam na skraju załamania, bo coś ciągle mi podpowiadało, że trzeba zrobić to i tamto, muszę wykonać setki zdań, które sobie założyłam. Znowu pęd, znowu nacisk.

Każdy ma swoją definicję odpoczynku

Relaksuję się zwykle przy aktywności fizycznej, to mi dodaje endorfin, napędza do działania. Ale tutaj już nie chodzi o kolejne dokładanie sobie dawki mocy. Kiedy naprawdę organizm jest zmęczony, to potrzebuje czasem nie robić kompletnie nic i pozbierać myśli, które odpychamy w ciągu tygodnia, bo na to nie starcza już doby. Mój odpoczynek to:

  1. Uzupełnianie pamiętnika, w którym te wszystkie swoje myśli spiszę i zobaczę, co naprawdę czuję.
  2. Pisanie książki!
  3. Pieczenie, kombinowanie w kuchni – dla innych może to nie być definicja odpoczynku, natomiast dla mnie jest to pewnego rodzaju medytacja. Skupienie, uważność nad daną czynnością.
  4. Leżenie – fajnie jest poleżeć, jak trzeba to choćby cały dzień.
  5. Długa kąpiel
  6. Automasaż – odpalam filmiki na Youtubie i bacznie naśladuję ruchy fizjoterapeutów. Od razu mi lżej – na umyśle także.

Co jest w tym wszystkim najlepsze? Kolejnego dnia czuję się jak nowonarodzona.

Produkty, które robią mi dietkę

Dziś bez obrazka, zdjęcia. Dziś operuję tylko słowem. Chciałam się podzielić listą produktów, które naprawdę robią mi dietkę, umilają to odżywianie.

  1. Jabłka – kocham i wcinam na przekąskę.
  2. Chleb żytni bez drożdży – po prostu raj i zbawienie dla mojego skażonego kandydozą organizmu.
  3. Wafle ryżowe – czasem sobie nawet pozwalam na te w czekoladzie, a co. Zawsze to jakiś ratunek, kiedy chce się coś przegryźć. Tylko uwaga, one też swoje kalorie mają, także warto sprawdzać tabelki z tyłu, bo taki jeden może mieć z 70 kcal.
  4. Mrożonki – mrożone nie jest złe! Do owsianki wrzucam maliny (z dodatkiem słodzika np.), mrożony mix warzyw często mnie ratuje, kiedy nie mam w ogóle pomysłu na obiad, szpinakiem też nie gardzę.
  5. Produkty bez laktozy – jako, że byłam mlecznym dzieckiem – teraz to wszystko się na mnie odbija. Alergia na laktozę sprawiła, że musiałam zakupić pewne zamienniki. Mlekovita oferuje takie produkty, wobec czego zajadam czasem serek śmietankowy puszysty bez laktozy czy po prostu goudę bez laktozy. Mleko także bez laktozy, ale tylko do kawy.
  6. Napoje roślinne – każdy zna, ale dla mnie to niesamowite odkrycie! W mojej kuchni króluje kokosowe i czasem migdałowe – niebo.
  7. Pomarańcza i grejpfrut – polubiłam się z innymi owocami, aby urozmaicić dietkę. Pierwsze jadałam może raz na rok, a drugie… wcale! Polubiłam grejpfruta, bo zwalcza candidę! Także – grzybie precz!
  8. Pieczarki – przez utarte schematy o tym, że nie mają one żadnych wartości odżywczych, odrzuciłam je całkowicie. Jednak jak się okazuje, to wcale nie są takie tragiczne. Warto poczytać o walorach tych grzybów! Na pewno niezwykłym atutem jest to, że mają malutko kalorii!
  9. Imbir – poranna woda z imbirem to już mój rytuał. Polecam na lepsze trawienie.
  10. SUPLE – z powodu niedoborów w moim organizmie, zaczęłam suplementować magnez w kroplach i witaminę D3 + K2, także w kroplach. Dorzuciłam do tego także Omega-3 i witaminę C. Po ok. miesiącu stosowania zaczynam widzieć rezultaty. Dobrze dobrana dieta i uzupełnienie niedoborów = o wiele lepsze samopoczucie!

Dlaczego nie ma modelki? Czyli o pewności siebie

Zanim się szczegółowo rozpiszę, chciałabym pokazać pewne zdjęcie…

Kogoś tu brakuje, prawda? To właśnie dzięki osobie na zdjęciu, zyskuje ono na wartości. Śmieję się, że brakuje tu modelki. Gdzie zatem się podziała?

Mała wiara w siebie, smutek wewnętrzny – generalnie stanowiłam absolutny kontrast dla tego widoku. Ale czemu? Właściwie to z samym ciałem nie było źle. Z czasem je wzmocniłam i poprawiłam jego kondycję. Natomiast najwięcej się działo w głowie. Bo co z tego, że zrzuciłam zbędny balast w postaci tkanki tłuszczowej, skoro umysł był i tak przeciążony? Natłok myśli, które podpowiadał wewnętrzny krytyk, spowodował, że to raczej nie ciało potrzebowało reżimu ćwiczeniowego a rozum.

Można schudnąć, ale lepiej sobie poukładać porządnie w głowie

Kiedy już dopięłam swego, osiągnęłam w miarę dobrą sylwetkę, to zaczęłam się zastanawiać co jest nie tak. Czegoś mi brakowało. Zadawałam sobie zatem różne pytania: o to, co robić w życiu, czym się zajmować, jaką mieć pasję, jaką należy być… Wszystkie te zagadki sprowadzały się do jednego – słuchania samej siebie. Zaczęłam od przeproszenia swojego wewnętrznego dziecka, które otrzymywało ode mnie same negatywne sygnały, było zbyt skulone, by oddać trochę radości na co dzień. Następnie ściągnęłam aplikację apple Podcast – pozwoliła mi na znalezienie masy ciekawych ludzi, niosących w swoim audio wiele mądrych treści: począwszy od żywienia, skończywszy na osiąganiu spokoju ducha. Później stwierdziłam, że zdecydowanie za mało czytam. Męczę natomiast oczy jakimiś głupotami, które podrzuca mi Internet. Kupiłam sobie książki, które mam zamiar skończyć w tym roku. Podchodzę do tematu skrupulatnie, bo robię notatki z każdego rozdziału, skupiam się na każdym słowie i wykonuję ćwiczenia (jeśli takowe są zalecane). Póki co, to „Nawyki warte miliony” królują na moim biurku. Na razie stanowi to źródło wszelkiej motywacji.

Czy modelka się pojawi?

Ależ oczywiście, że tak! Modelka nawet zapozuje z uniesioną głową, z domieszką uśmiechu nawet, a co! Wiele można w sobie zmienić. Jednak nic samo się nie stanie. Warto ćwiczyć i pracować nad sobą – niekoniecznie ciągle fizycznie, ale umysłowo.

Jakie robisz pierwsze wrażenie?

Ostatnio miałam pewną refleksję odnośnie pierwszego wrażenia. Zawsze chciałam przed kimś się jakoś pokazać, udowodnić coś. Wiadomo, każdy chce, żeby inni go lubili, podziwiali, doceniali. Ale pytanie – jakim kosztem?

Moje małe wnioski:

Przede wszystkim nie ma sensu udawać na siłę kogoś, kim się nie jest. Jeśli masz ochotę się z czegoś zaśmiać – śmiało! Po co blokować endorfiny. Jeśli coś ci nie pasuje i chcesz się wypowiedzieć – dawaj! Nie ma sensu się obawiać. Nie twórz czarnych scenariuszy, tylko wyraź siebie. Kogoś najwyżej skłonisz do głębszej dyskusji. Nic wielkiego.

Nie ma sensu także wciskać się w ubrania, w których się czujesz nieswojo. Przy kolejnych spotkaniach też będziesz się męczyć? Ciało ci podziękuje za zwyczajny outfit. Twój.

Przed wyjściem zrozum, że to twoje życie. Ty tu rządzisz i od ciebie zależy, kogo zapraszasz do swojego świata. Jeśli komuś nie odpowiadasz, to nie ma sensu, by przekraczał choćby próg twojej przestrzeni. Nie ma! Pora właśnie zrozumieć, nauczyć się zdrowego egoizmu. Zbyt długo kazano nam być nazbyt pokornymi i cierpiącymi, na każdym kroku przepraszającymi.

Czasem warto też posłuchać swojego wewnętrznego dziecka, które zostało poharatane przez wiele czynników: szkoła, rówieśnicy, praca, rodzice, otoczenie. To właśnie ono chłonęło wszystkie zasady, żeby dołączyć do półki pt. „odchowane masowo”. Tylko na co? Na uciszonego obywatela w szeregu?

Świat jest wystarczająco okrutny. Uwolnij tego dzieciaka sprzed lat.

Masz zatem jedno pierwsze wrażenie. Kim jesteś?

I zjedz czasem pizzę.

Trening i plany sportowe

Od zeszłego roku trwale towarzyszy mi trening siłowy. Na Instagramie znalazłam dziewczynę, która promuje zdrowy styl życia i całkiem nieźle jej to wychodzi. Zakupiłam zatem od niej plany treningowe i żywieniowe – i ruszyłam do działania. Cel? Zrzucenie zbędnego balastu (ok. 5 bezsensownych kilogramów) i wyrzeźbienie ciała, żeby było bardziej jędrne, a nie jakieś obwisłe.

Jestem wręcz zakochana w tym procesie kształtowania sylwetki. Z każdym dniem widzę efekty mojej ciężkiej pracy. Do treningów dokupiłam sobie także hantle oraz gumy oporowe. Wbrew temu, co się dzieje dookoła nas – ja urządziłam sobie domową siłownię. Ile razy trenuję? Wystarczy mi 3 razy w tygodniu. Nie przemęczam się, wykonuję tylko te ćwiczenia, które naprawdę lubię.

Nigdy aktywność fizyczna nie przynosiła mi tyle radości, a zarazem tylu profitów. Nie katuję się niekończącym się cardio. Mój organizm zdecydowanie nie znosi takiej formy aktywności. Natomiast po ciężkim dniu w pracy, uwielbia opór, który stawia sam sobie. Przezwyciężanie swoich słabości to największa nagroda.

Czy jedzenie może być lekarstwem?

Dobra szama to podstawa! Ale czy istnieje tak naprawdę lista top zdrowych produktów? Nie wydaje mi się.

Przez to, że dopadła mnie kandydoza, mogę co nieco się wypowiedzieć w tej kwestii. Razem z moją dietetyczką ustaliłyśmy plan działania. Naczytałam się masy wiadomości o kandydozie – co można, czego nie można jeść… I właściwie w tym miejscu zaczęłam wariować. Odrzucić praktycznie wszystko i spożywać to, co mi niekoniecznie pasuje – niezbyt dobrze brzmi.

Jednak moja dietetyczka spadła mi niemalże z nieba. Zdecydowała, że moje leczenie musi przebiegać stopniowo i etapowo. Zatem wykluczyłyśmy całkowicie cukier, żywność przetworzoną, laktozę oraz gluten (z tym ostatnim aż tak wielkich restrykcji nie robiłam, po prostu – ograniczyłam).

I tutaj dochodzimy do najważniejszego – słuchania organizmu. On wie najwięcej.

Ja słucham mojego języka! Może brzmi to komicznie, ale niektóre produkty sprawiają, że mnie szczypie i czasem pojawia się na nim biały nalot. To zdecydowanie sygnał, że organizm nie przyjmuje danego pożywienia.

Zamieniam się zatem stale w słuch. Bez antybiotyków. Bez reżimu.

Mój minimalizm

Ostatnio zauważyłam, że im mniej, tym lepiej. Począwszy od jedzenia, skończywszy na posiadaniu. Właściwie to wszystko, dzięki pandemii. Jakoś rok temu odkryłam, czym minimalizm może być. Nie w głowie mi już gromadzenie niepotrzebnych rzeczy, bo: „tak wypada” bądź żeby komuś zaimponować. Stworzyłam zatem punkty, które stanowią podsumowanie i definicję mojego minimalizmu:

  1. Kupowanie tylko potrzebnych rzeczy według listy
    Jedzenie – uprzednio planuję posiłki na cały tydzień, po czym robię zakupy według założonego planu.
    Ubrania – rzadko kupuję. Preferuję zakup tego, co faktycznie potrzebne. Nie żeby udowodnić swój statut.
  2. Czyste biurko przy pracy zdalnej – bez tego ani rusz. Większość rzeczy wokół mnie rozprasza.
  3. Sprzątanie na bieżąco – moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu nie muszę przeznaczać całego dnia na wielkie porządki.
  4. Kolory ubrań – raczej stawiam na takie zwyczajne barwy, bez udziwnień i wzorów. Tak czuję się najlepiej.
  5. Pozbywanie się rupieci – co jakiś czas robię remanent mieszkania, wyrzucam to, o czym już dawno nie pamiętam, a jedynie zagraca przestrzeń.

NAJWAŻNIEJSZE!
Minimalizm to ograniczenie do minimum wymagań, potrzeb i dążeń. Nie narzucam sobie zatem jakiegoś rygoru. Owszem, dążę do realizacji przeróżnych celów, ale staram się cieszyć z procesu tworzenia. Bo dlaczego mamy mieć w głowie tylko szczyt góry? Widoki po drodze też mogą być całkiem przyjemne. Tego się trzymam. Mój minimalizm to lżejsze życie, bez balastu.

Twórczość lekarstwem na stres

Kiedy pandemia przejmuje ulice, bary, szkoły, siłownie i każde inne miejsce na świecie – ja sobie lubię potworzyć. I to jest dobre.

Po całym dniu pracowania zdalnego, odcinam się od wszystkiego i tworzę. Łączę sobie zdania, piszę o czym tylko chcę, notuję jak najwięcej. Ten blog stanowi pewną formę pamiętnika dla mnie. Zawsze mogę właśnie tutaj przelać wszelkie skumulowane myśli, które nagromadziły się w mojej głowie przez cały dzień. Lubię ten stan, gdy każde zadanie już zostało wykonane, gdy zostaje mi tylko (a może aż?) poświęcenie czasu sobie. Choć nie wierzę za bardzo w horoskopy, to czasem zerkam na swojego Lwa, w nadziei, że wszechświat coś tam przyszykował nowego. Ten na 2021 mówi, że spełnię swoje marzenie.

I chyba o to chodzi, prawda? By pod koniec ciężkiego dnia – w pracy, szkole, gdziekolwiek – nadal wierzyć, mieć przeczucie, że każdy dzień jest coraz lepszy. Wszystko po to, by ten ostatni był najbardziej wyjątkowy.

Czasem gubię się w Internecie, obserwując osoby, którym tylko zazdroszczę. A nie sztuką jest zazdrość. Sztuką jest znaleźć w każdej napotkanej osobie dawkę inspiracji.

Inspirujmy się nawzajem.

Moja przyjaciółka – candida

Od początku

Od ponad dwóch lat borykałam się z bolącą głową czy zatokami. Myślę, że za pieniądze, które wydałam na wszystkich lekarzy (laryngolodzy, neurolodzy, dentyści…), mogłabym spokojnie przeznaczyć nawet na zakup niewielkiego samochodu. Poza wyżej wymienionymi dolegliwościami zauważyć mogłam także: spadek nastroju, wahania nastroju, nerwica, lęki, ciągłe uczucie zimna, ospałość, niechęć do wszystkiego i wszystkich, załamanie, smutek, apatia, nalot na języku, zatkany nos, ból gałek ocznych, rozdrażnienie i uporczywe miesiączkowanie. Nie wiedziałam kompletnie, co mi jest. Żaden lekarz po medycynie nie potrafił mi pomóc. Wizyty kończyły się zazwyczaj po 15 minutach, skwitowane receptą na zatoki albo suplementami na odporność. Bujałam się dalej wraz z moimi objawami, a lekarzy odpuściłam, bo kasowali niezłe siano za usługi. A raczej ich brak.

Zaczęłam czytać

Większość społeczeństwa pewnie, zanim pójdzie w ogóle do lekarza, próbuje na własną rękę odkryć, co im jest. Należałam również do tej elity. Jednak zamiast głupio wpisywać objawy w Google, które zwykle kończyły się rakiem, poszukiwałam książek i artykułów. Zaczęłam łączyć fakty. Robiłam listy, notatki – tak jakbym była detektywem własnego ciała, jakbym próbowała dotrzeć, rozwikłać zagadkę, którą skrywa…

Co mnie nakierowało?

Jestem trochę fit świrkiem – zatem pewnie czytanie o zdrowej żywności miało wpływ na moje wielkie odkrycie. Jednak po kolei:

  1. Samoleczenie – dokument na Netflixie, który pokazał mi, że wszystko jest w głowie i wystarczy czasem zmiana myślenia, by wygnać chorobę. Dodatkowo warto też spojrzeć na jedzenie, jakie się przyjmuje. Zaczęłam więc się wgłębiać coraz bardziej. Spisywać, co jem.
  2. Biologia przekonań – książka, którą wyłapałam przez ułamek sekundy u kobiety prowadzącej powyższy dokument. Jak się okazało – wgłębienie w psychikę zaczęło mieć większy sens.
  3. Nalot na języku – w końcu się zorientowałam, że to nie jest normalne. Biały nalot na języku, utrzymujący się już 2 lata? Kolejny wpis do notatek!
  4. Jedz, by pokonać chorobę – zamówiłam tę pozycję z czystej ciekawości. Wcale nie żałuję. Wyczytałam tam wiele rzeczy, dotyczących żywienia.
  5. Szczypiący język – to już była faza niepokojąca. Szczególnie szczypał przy przyjmowaniu słodkich produktów, ostrych oraz po wszelkich produktach mlecznych. Ciało już wtedy mówiło: „DOŚĆ”.
  6. Leczenie dietą. Wygraj z candidą! – dzięki tej książce zrozumiałam, czym tak właściwie jest kandydoza. Grzyb, który opanował moje ciało, który uderzył w zatoki, przez który muszę całe życie i żywienie wywrócić do góry nogami.
  7. Wizyta u dietetyka, biorezonans – właśnie wizyta u kobiety, która preferuje leczenie naturalnymi sposobami, bez żadnych restrykcji, spowodowało, że wyrok padł jednoznacznie – kandydoza.

    Ponadto: moja lekarka wykryła także obecność pasożytów, olbrzymi niedobór magnezu i witaminy D3, a także alergię na laktozę.

I co teraz?

Po ścisłym wywiadzie okazało się również, że moja dieta jest praktycznie monotonna, pomimo tego, że dobrze skomponowana. Do tej pory czułam, że jestem wszechwiedząca, że każde dane na temat żywności już widziałam. Jednak nie potrafiłam zmienić tak prostej rzeczy jak urozmaicenie. Nie mogłam pojąć, że nie można codziennie jeść tego samego produktu, w dodatku wplatając je w niemalże każdy posiłek. U mnie było to masło orzechowe (oczywiście wliczone w bilans). Dowiedziałam się, że jadłam właściwie codziennie artykuły spożywcze, które powodują zbyt dużo śluzu w organizmie (banany, masło orzechowe, gluten, laktoza itd.). Wiadomo, każdy organizm jest inny i teraz rozumiem, iż dokładnie przeprowadzony wywiad ma sens.

Aktualnie leczę się sesjami biorezonansu, zażywam naturalne suplementy (typu czarny orzech czy czosnek). Chcę wyrzucić z siebie to ohydztwo. Jednak doskonale wiem, że skoro przez dwa lata karmiłam grzyba w sobie, to nie pozbędę się go tak szybko. Żegnajcie cukry proste, laktozo, glutenie, moje ukochane masło orzechowe. Witaj zdrowie, witalność. Witaj, moje nowe życie.

foto z Islandii – tak właśnie teraz się czuję, w końcu, bez pozowania