Gdzie najchętniej udałabym się w podróż?

Każdy ma w głowie takie miejsca, do których chciałby się udać.

Oprócz mojego nadrzędnego planu wyjazdowego, jakim są Stany Zjednoczone (omówię w osobnym wpisie), chciałabym wyjechać w inne, równie piękne miejsca. Zaznaczę, iż są to zachcianki na najbliższy czas. Wprawdzie to bym chciała zwiedzić pół świata. A może i cały?

Jeszcze zanim mój dziadek odszedł, odbyłam z nim ciekawą rozmowę geograficzną. Wspominał, że Madagaskar to zupełnie inny świat. Choć sam kochał być w domu, to jednak o tej wyspie marzył.

Co konkretnie?

Aleja baobabów – oklepane niby, aczkolwiek chciałabym przejść pośród tego cudu natury.

Plaże – sądząc po zdjęciach to najchętniej każdą, jaka byłaby tylko możliwa.

Lemuria Land – bazując na Pingwinach z Madagaskaru, które można obejrzeć np. na Comedy Central, to z pewnością chciałabym ujrzeć zwierzaczki z gatunku lemurów. Zupełnie inne istoty, tak rzadko spotykane.

Domek na wodzie – wiele takich widziałam w różnych rejonach turystycznych, jednak te na Madagaskarze mają swój specyficzny urok.

Kolejnym punktem moich odwiedzin byłaby pewnie Finlandia, z racji tego, że właściwie odwiedziłam już większość państw skandynawskich. Ciekawi mnie sam system szkolnictwa, tak wyjątkowy i niepowtarzalny. Samo to, że nauczyciele zarabiają tam o wiele więcej niż w Polsce już przyciąga.

Włochy – piękna Toskania, piękne zabytki. Marzy mi się włoski klimat, jak w Jedz, módl się i kochaj.

Hawaje – to właściwie USA. Chciałabym oglądać tam zachody słońca, tańczyć taniec hula, usłyszeć chociaż kilka zdań od rdzennych mieszkańców (hawajski to taki pozytywny i optymistyczny język!). Kojarzę skądś, że to właśnie na Hawajach panuje wszechobecna radość wśród ludzi, bez zawiści. ALOHA!

Namiastka tego, co przyszła mi aktualnie do głowy. Szykując materiały do pracy, snuję sobie różne wizje podróży. Kto wie, może i ja zostanę tzw. cyfrowym nomadem. Tutaj miejsce na chwilę śmiechu. Nie no, jednak choć na jakiś czas obejrzeć to, co doświadczały tylko moje oczy dzięki Discovery czy Animal Planet.

fotka cyknięta na Islandii – mój zaliczony raj

Sposoby na jesienną chandrę

Kiedy nieubłaganie zbliża się kolorowa pora roku, zwana jesienią, panuje taka mała, społeczna panika. To strach przed brakiem słońca, gorszym humorem, ogólnym zdołowaniem jednostki czy brzydką pogodą.

Myślę, że każdy ma jakieś własne sposoby na walkę z tym okresem.  Moje ulubione z nich to:

  1. Słuchanie muzyki – takiej, na którą mam ochotę danego dnia. Idealnie poprawia humor, a ja chwilowo zapominam o obowiązkach.
  2. Czytanie książek – kiedy za oknem panuje ulewa, wichura i inne tego typu anomalia pogodowe – ja przenoszę się w inny świat, w którym jest ładnie i przyjemnie.
  3. Trening – u mnie akurat siłowy, z gumami oporowymi. Trenuję w domu, co by przyoszczędzić na płaceniu na siłownie. W dodatku oszczędzam czas na trasę, prysznice, przebieranki itd. Czasem przymuszam się do tych ćwiczeń, jednak po nich wcale tego nie żałuję! Bardzo kojąco działa na mój umysł. Chce mi się więcej działać i pracować.
  4. Napar z imbiru – pewnie niektórzy pomyślą, że bardzo oklepane. No pewnie, jednak nie dla mnie. Wystarczy do zwykłej herbaty dorzucić starty imbir, trochę cytryny i miodu – odnowa biologiczna gwarantowana. A przynajmniej mały raj dla zatok.
  5. Dłuższy odpoczynek po pracy – mam na myśli tutaj chociażby drzemkę. Nie ma sensu przymuszać się do siedzenia nad papierami. Lepiej zregenerować siły w postaci snu, by potem ruszyć z nową energią!
  6. Zakupy online – no po prostu odprężenie i ucieczka od wszystkiego. Tylko uwaga… ucierpieć może na tym portfel oraz cenny czas. Wszystko z rozwagą. Potem można zgubić się w zamawianych paczkach.
  7. Telefon do kogoś bliskiego – krótka rozmowa, nawet pięciominutowa potrafi człowieka rozweselić.
  8. Masło orzechowe – to miłość bezgraniczna, w odpowiednich ilościach poprawia nastrój!
  9. Jesienne porządki – opróżnianie szaf ze zbędnych rzeczy, to jak zrzucenie zbędnego balastu z głowy.
  10. Film – taki gatunek jaki lubię, na jaki mam w danej chwili ochotę. Refleksyjny czy rozweselający – odciągnie myśli towarzyszące jesiennej chandrze.

Polecam moją piękną dziesiątkę. Nie przepadam za jesienią, a moja czołówka rozwiązań jest z pewnością godnym towarzyszem w boju.

Kim chcesz zostać w przyszłości? Czyli o perspektywach małej mnie

Niejednokrotnie od dzieci można usłyszeć odpowiedź na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości?”

Zazwyczaj są to wysokiej rangi zawody. Choć bywa różnie. Usłyszeć można wtedy: policjantem, astronautą, kosmetyczką, super bohaterem, aktorką… etc.

Czytałam gdzieś, że to właśnie w okresie dzieciństwa kształtują się już nasze predyspozycje zawodowe. Sama deklaracja tego, co się chce robić, kim się chce być, stanowi pewien fundament kariery.

Osobiście nie do końca wiedziałam, czego pragnę. Z moich ust padały różne zawody. Był nacisk na dziennikarkę – bo przecież to takie ekscytujące móc tyle gadać, w dodatku być w centrum uwagi, no niebo. Potem przeszłam okres aktorki, gdzie znów stawiałam się w świetle reflektorów. Reasumując – chciałam błyszczeć, niezależnie od predyspozycji. Kiedyś nawet chodziłam z dziennikiem, udawałam, że jestem nauczycielką. Ponownie w punkcie centralnym. A następnie przyszedł okres liceum i już nie wiedziałam nic. Zupełna pustka w głowie. Czy to program nauczania? Czy może masa reform? A może schemat, który wbijają w głowę niczym mantrę?

Ze wspomnień jedynie wiem, że kochałam ludzi, byłam gwiazdką własnego show. Nieco mniejsza, przebojowa ja, zawsze majstrowałam coś w warsztacie dziadka. Musiałam być twórcą, zatem pragnęłam, aby wszystko było tak, jak tego chciałam.

Jesienne dni często przywodzą mi na myśl tamte czasy. Zagłębiam się w nich, aby odkryć to, co zostało kiedyś zakopane i zapomniane. Potrzeba mi będzie lepszej łopaty do tego archeologicznego fenomenu mentalnego.

Co byś powiedział sobie z przeszłości?

Dziś wpis będzie nieco spontaniczny, dlatego że natchnęło mnie na niego dopiero dziś rano.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdybyś spotkał siebie z przeszłości? Mógł porozmawiać, zapytać, skonfrontować? Jak by to wyglądało? Może miałbyś pewne wskazówki, co robić, jakie decyzje podjąć?

Gdybym spotkała małą, niedojrzałą jeszcze, siebie…

Powiedzmy, że przełożyłoby się to na czasy szkolne. Czyli z jednej strony najlepszy okres życia, a z drugiej? Przylepianie łatek, włożenie do worka ze schematami i całkowite zaklejenie ust. Rób to, rób tamto, zachowuj się przyzwoicie – bo w końcu ktoś sobie wymyślił jakiś wzór zachowania.

Jako mała dziewczynka byłam dość roztrzepana. Lubiłam spędzać czas z chłopakami, fascynowało mnie kopanie piły czy dłubanie w drewnie wraz z dziadkiem w warsztacie. Zawsze chciałam coś zmajstrować – dosłownie i w przenośni. Przyznaję, czasem mnie aż ponosiło, ale to byłam ja, naturalna. Zupełnie bez żadnych kajdan nałożonych przez społeczeństwo.

Gdybym spotkała taką mniejszą wersję siebie, na pewno zadbałabym o to, aby nic nie miało wpływu na dojrzewanie tego pięknego charakteru. Być może ucierpiałoby na tym szkolne zachowanie. Ale co z tego?

Byłabym w pełni sobą.

Czasem wolność i naturalność zabija w nas społeczeństwo. Wtedy trzeba odbyć mentalną podróż, by odzyskać zagubioną i prawdziwą wersję siebie.

Wehikuł start.

Czy warto studiować filologię polską?

To pytanie zadawałam sobie praktycznie przez cały okres studiów.

Z racji tego, że należę do grupy humanistów,   obrałam taki a nie inny kierunek, nie do końca byłam przekonana w kwestii tego wyboru. Zewsząd słyszałam tylko: „Filologia polska?! Co ty będziesz po tym robić? Przecież po tym nie ma w ogóle pracy! Może byś się wzięła za jakiś ścisły kierunek?”. I tak na okrągło. Z czasem nawet przestałam chwalić się tym, co studiuję, bo wiedziałam, że ponownie dostanę  pouczającą wiązankę.

Wiem, że istnieje grupa fanatyków czytania książek, tych, którzy są zaabsorbowani każdym słowem lektur.

Ale ja? Ja uwielbiałam język polski, kochałam pisać,  łączyć słowa, pisać nietuzinkowe zdania. Książki wybierałam zwykle zgodne z moimi zainteresowaniami.

Jednak studia okazały się ciężką przeprawą przez masę niepotrzebnych książek czy przedmiotów.

Może zacznę od plusów studiowania tego kierunku:

+ dostałam łatwo i szybko pracę, ze względu na zapotrzebowanie nauczycieli w szkołach. Tyczy się to również moich koleżanek z roku, które znalazły pracę w wydawnictwach, redakcjach itp. Choć przypominam słowa klasyków: „Po tym nie ma pracy”.

+ miałam najlepszą na świecie panią promotor, która pozwoliła mi na dowolność pisania pracy dyplomowej. Wybrałam zatem tematykę Disneya.

+ poznałam moją przyjaciółkę, która miała podobne podejście do tych studiów, co ja – byle zdać, a ważnych rzeczy nauczymy się we własnym zakresie. Z tą bratnią duszą utrzymuję kontakt do dziś i mamy się bardzo dobrze.

+ wbrew pozorom pojawiły się nawet ciekawe zajęcia takie jak: Pisanie, Modulacja głosu, moje ukochane Seminarium (gdzie panowała pełna wolność i swoboda wypowiedzi), Poetyka z dosyć młodą doktorantką, która potrafiła zarazić prawdziwą miłością do pisania.

+ język migowy – choć dziś niewiele z niego pamiętam (bo w sumie było niewiele zajęć), to wspominam ten przedmiot z radością. Wreszcie trochę praktyki.

+ NOWJP – czyli nauka o współczesnym języku polskim. Głoski, litery, sylaby i inne tego typu bajery. Wykładowczyni tego przedmiotu była bardzo zaangażowana, co przełożyło się na studentów.

Na tym koniec tych superlatywów.

Kwestia minusów:

– dezorganizacja – nic nigdy nie grało, zapisanie się na przedmiot i na daną godzinę (poprzez system) graniczyło z cudem. A jak się chciało przepisać do innej grupy, to zawsze był problem. Zawsze ktoś miał coś do czegoś. Tragedia. Cyrk na kółkach albo i lepiej – na podpalonych oponach.

– wykładowcy – większość z nich była naprawdę wredna. Zadufani w sobie pseudo naukowcy, którzy chcieli udowodnić swoją wyższość nad studentami. Nie wiem, czy ktoś się nad nimi znęcał za czasów szkolnych, ale na to wyglądało.

– studenci – niewygodna prawda. Większość studentów była jakimiś odmieńcami w za długich swetrach. Prawie każdy dbał tylko o czubek własnego nosa. Niestety, tylko nieliczni potrafili pomóc. Ukłon w stronę jednej z moich koleżanek, która pomogła mi z gramatyką języka polskiego (nienawidzę was, przebrzydłe wykresy!).

– elita  – istniała jakaś dziwna elita (na moje może być to nawet antonim tego słowa), która się wszędzie pchała, by załatwić sobie wszystko po znajomości. Do tej grupy należały typowe studenckie lizusy. Po zajęciach raczej nie mieli swojego życia czy pasji. Tkwili może gdzieś pomiędzy.

– egzaminy ustne – niemal wszystkie egzaminy były przeprowadzane w formie ustnej. Tu nie było chwili na skupienie. Nie wiesz? Źle wyglądasz? Nie podlizujesz się? Ok. Warunek.

– przedmioty „zapychacze” – jak na każdych studiach, są takie przedmioty, które nigdy do niczego się nie przydadzą, musisz przez nie przebrnąć, po prostu. Do takich z pewnością można zaliczyć np. Czytanie – gdzie, jak sama nazwa wskazuje, czytało się jakieś bzdurne, niezrozumiałe teksty. W dodatku z takim wykładowcą, że na sam widok usypiałam.

– lekcje ćwiczeniowe – porażka nad porażkami, wszystko porażka.  Wraz z grupą moich koleżanek, musiałyśmy przeprowadzić lekcje próbne pod okiem byłej studentki (lizuski naszej wykładowczyni).  Chyba była też jakaś niespełniona życiowo, ponieważ każdą z lekcji negowała, zachowywała się jak królowa pośród nauczycieli, a niestety – jej lekcje były nudne jak flaki z olejem. Tak to jest, jak ktoś wywodzi się z elity pseudo prymusów i lizusów. Przykra prawda.

– program – coś, co zostawiłam na sam koniec. Na uczelni chyba czas się zatrzymał. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, technologia nieustannie się rozwija. A my? Uczyliśmy się jakichś nieprzydatnych bzdur. Gdzie przedmioty związane z nowoczesnością? Gdzie zajęcia przygotowujące polonistów do pracy z zupełnie nową generacją? Gdzie współczesne metody nauczania, które pozwolą nam działać na rynku pracy? Poproszę o minutę ciszy.

Wniosek:

Te studia nie były łatwe. Sporo  ludzi się przewijało co chwilę przez poszczególne zajęcia. Przychodzili i odchodzili. Naprawdę nieliczni przetrwali tę studencką walkę. Ja miałam parcie, by po prostu mieć licencjat w kieszeni. Ale myślę, że gdyby nie było to wymagane, to rzuciłabym tę uczelnię po pierwszym tygodniu.

Ale zostałam. Przetrwałam każdy trudny okres, każdą zatrważającą sesję. Dziękuję z tego miejsca mojej przyjaciółce – gdybyśmy nie miały siebie nawzajem, to nie wiem, co by się stało.

Jak widać, jednak filologia polska przyniosła mi jakieś profity. Znalazłam dobrą pracę i wcale nie wylądowałam jako bezrobotna.

Sądzę, że gdyby ulepszyli chociaż program nauczania na tych studiach, to absolwenci podbili by świat. No dobra, może nie cały, ale byliby jeszcze bardziej cenni dla pracodawców.

Smaki dzieciństwa

Zawsze gdy wracam w rodzinne strony, przypominają mi się zapachy i smaki ulubionych potraw.

Moim podniebieniem zdecydowanie rządził słodki smak. Sporządziłam zatem listę dań/produktów, które łączę z okresem dzieciństwa.

1. Nutella
Nie wiem jak można było tego nie kochać. Dla mnie codzienność na kanapce. To był prawdziwy rarytas, wśród wszelkich smarowideł. I choć dziś nie jem ze względów zdrowotnych, to wtedy potrafiłam pochłonąć pół słoika. Niebo w gębie!

2. Zupa owocowa z kisielem
Nie mam bladego pojęcia, jak moja babcia to przyrządzała. Wiem tylko, że było to przepyszne połączenie. Aż stało się obiadowym menu.

3. Warstwowe wariactwo mojej mamy – budyń na spodzie, a z wierzchu kisiel
Jak dla mnie kombinacja nie do przebicia. Rozpływało się w dziecięcych ustach.

4. Racuchy w kształcie zwierzątek
Babcia miała nad wyraz wielką wyobraźnię, a ja zajadałam, aż uszy mi się trzęsły.

Były też kopytka na słodko, wszelkie produkty mleczne (mleko było podstawą każdego dania, w myśl hasła „Pij mleko, będziesz wielki” – ta reklama był a wtedy bardzo popularna). Ciasteczka-zwierzątka z czekoladą, produkty Kinder, lody Pingwin, chrupki Flips, Maczugi, draże Kosiarz i wymieniać można by bez końca.
Czasem coś z tego sobie przekąszę. I wtedy, niczym Piotruś Pan w Nibylandii, pozostaję dzieckiem.

W każdym z nas tkwi ten naturalny brzdąc, nieskażony jeszcze systemem i złem świata.

Na zdrowie – czyli jak mieć szacunek do własnego ciała

Bywa tak, że niektóre książki wpadają nam w ręce zupełnie nieprzypadkowo.

Miałam tak z Ołówkiem Katarzyny Rosickiej-Jarczyńskiej.

Można by rzec, że ta pozycja naszkicowała mi  drogę do szacunku wobec własnego ciała i zdrowia.

Od modelki, pięknej i mądrej kobiety, aż po wyłączoną ze świata istotę.

W sumie akcja rozwija się niepozornie. Do czasu pewnego spaceru. Bohaterka, idąc śmiało chodnikiem, nagle się potyka. Właśnie ten upadek ją określa i jednocześnie skazuje na chorobę. Stwardnienie zanikowe boczne obejmuje całe ciało. Rozpościera się po mięśniach, aż powoli wnika w charakter. Z czasem choroba staję się jej definicją. O reszcie historii polecam przeczytać w książce.

Co daje Ołówek?

Przede wszystkim sprawia, że na co dzień zaczyna się doceniać zdrowie. Naprawdę – dostarcza radości z samodzielnego wstawania z łóżka. Niby nic, a jednak bycie samowystarczalnym to wspaniałe uczucie.

Ogromną dawkę szczęścia gwarantuje trzymanie uszka od kubka z gorącą kawą. Pełna kontrola nad ruchami pozwala również na pewną kontrolę życia.

Co istotne – sama chora to autorka książki.

Codzienne czynności zyskują większą rangę. Każdy ruch jest darem.

Książka, dzięki której polubiłam czytać

Kiedyś nie lubiłam czytać. Kojarzyło mi się to z marnowaniem czasu i przysypianiem. Jako dziecko dosyć ruchliwe, nie potrafiłam usiedzieć w miejscu, zatem poświęcenie się dla lektury to była prawdziwa katorga. Jednak pewnego dnia, będąc z mamą w księgarni (zdecydowanie średnio się tam czułam), ujrzałam okładkę książki. Widniała na niej rudowłosa dziewczynka o krystalicznej cerze z kilkoma piegami. Wyglądała adekwatnie do tytułu tej pozycji: Krucha jak lód.  Czasem mam przebłyski wiary w przeznaczenie i poczułam, że to jest właśnie to.

Wzięłam książkę bez wahania. Okazało się, że tak naprawdę przez cały czas czytałam nudne pozycje, które nie wciągnęły mnie do świata przedstawionego.

Przebrnęłam bacznie przez życie Willow (dziewczynki chorej na osteogenesis imperfecta – łamliwość kości). Wydaje mi się, że pokochałam ją  od pierwszego przeczytania wypowiedzianych przez nią słów. Pomimo swojej przypadłości, była bardzo inteligentna, potrafiła niejednemu sprzedać ciętą ripostę.

Niewiarygodnym dla mnie okazało się przyrównywanie łamliwości kości do sytuacji życiowych. W końcu temu zjawisku ulegają przysięgi, obietnice, plany, serce…

Książka miejscami uderza w sedno:

Nie musisz mówić „Kocham cię”, żeby powiedzieć, że kochasz. Wystarczy, że zawołasz mnie po imieniu i ja to wiem. (…) Kiedy kogoś kochasz, to wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne.

Historię swojego życia można napisać od nowa na sto różnych sposobów, ale nic nie zatrze tych kilku pierwszych pociągnięć pędzlem.

A czasem czuć nutkę ironii:

Mieć wybór to zabawna sprawa: zapytaj członków dzikiego plemienia, które od niepamiętnych czasów żywi się larwami i korzonkami, czy są niezadowoleni, a w odpowiedzi doczekasz się tylko wzruszenia ramionami. Ale podaj im befsztyk z polędwicy w sosie truflowym, a później każ z powrotem jeść to, co sami wygrzebią z ziemi- wtedy już nigdy nie zapomną o tamtym wyszukanym posiłku. Kto nie wie, że ma wybór, temu go nie brakuje.

Jestem jak kartka do origami. Złożę się na pół, potem znów na pół i znów, aż w końcu zmienię się w kogoś zupełnie innego

Dawno nie czytałam Kruchej jak lód. Ale gdy tylko o niej pomyślę, przychodzi mi do głowy scena, gdy główna bohaterka wybrała się do Disneylandu. To właśnie tam potknęła się o papierek, który miała dołączony do zamówionych, kręconych lodów. Dosłownie się połamała.

Czy czasem nie jest tak z życiem? Jeden mały ruch i wszystko może runąć. Możesz się złamać wpół.

Na osłodę poniedziałkom

Na etacie lub nie – myślę, że większość ludzi nienawidzi poniedziałków. Perspektywa tego, że jeszcze tyle dni ma trwać tydzień przyprawia o migreny i inne tego typu przypadłości.

Nie ma co się martwić, też czuję napięcie z każdej strony – w głowie, miednicy czy potylicy.

Co przychodzi na osłodę moim poniedziałkom? Co dodać do tego felernego dnia?

Moja osobista dawka rozwiązań

  1. Organizuję sobie tak czas, by wieczór mieć wolny od zmartwień, pracy. Wszystko musi być odhaczone, żebym mogła w spokoju zrobić te bardziej przyjemne rzeczy.
  2. Myślę sobie, że jutro JUŻ wtorek. Po nim nastąpi środek tygodnia, a to już blisko weekendu. Myślenie jednak sporo zmienia i napędza do działania.
  3. Dzień wcześniej planuję i gotuję pyszny obiad – rozkosz podniebienia w ciągu dnia. Prawdziwa uczta między obowiązkami.
  4. Wstaję wcześniej – jednak nie, żeby pracować. Polecam zjeść wcześniej śniadanie, posłuchać/poczytać czegoś przyjemnego, nastawić się w zrelaksowany sposób na specyficzny dzień tygodnia.
  5. Na sam koniec coś wyjątkowego dla ciała – ćwiczę siłowo. Nawet kiedy już po wszystkich zrealizowanych zadaniach padam twarzą na klawiaturę laptopa, to i tak przebieram się w strój sportowy. Nie myślę wtedy o problemach, a ciało po wysiłku wydziela endorfiny, wykrzykujące szczere: „dziękuję”.



    Warto w poniedziałki dorzucić chwilę przyjemności.

5 filmów, które mnie wyjątkowo poruszyły

Kino swoją magią obrazu od zawsze mnie czarowało. Obserwowałam już bacznie disnejowskie księżniczki, przebrnęłam przez różne seriale i ekranizacje. Jednak w sercu pozostaje moje prywatne top 5. Są to zupełnie subiektywne spostrzeżenia. Nie jestem znawcą ani żadnym krytykiem filmowym. Piszę, jak czuję.

  1. Podaj dalej

Po pierwsze – bardzo dobra i godna rola Kevina Spacey. Właściwy aktor do tej roli, bo zapada w pamięć.

Film mnie kiedyś mocno zainspirował. Tak jak główny bohater, stworzyłam listę osób, którym mogę pomóc, licząc przy tym, że podadzą dalej ten zalążek dobroci. Oczywiście niektórym może się wydawać to zbyt utopijną wizją… Dla mnie, jako trzynastolatki, Podaj dalej był jak święty Gral. To był pomysł na naprawienie tego zepsutego świata. Nadzieja, że da się go skleić taśmą chęci i zapału.

Wzruszam się wystukując w klawiaturę krótki opis. Jako zagubiona nastolatka nie mogłam oderwać oczu od takiej dawki mądrości. Warner Bros wyemitował mi majstersztyk.

  1. Pocahontas

Moja ulubiona księżniczka Disneya od zawsze na zawsze. To właśnie ona obaliła ten patriarchalny styl życia. Nauczyła mnie walki o swoją tożsamość i rodzinę. Udowodniła, że kobieta nie potrzebuje księcia na białym koniu. Wręcz przeciwnie – wyraża siebie, buntuje się i uwalnia swoje prawdziwe „ja”. Kiedyś także swoje uzewnętrznię.

  1. Efekt motyla

Inspiracja do prowadzenia pamiętnika. I choć pojawiają się wątki nieco nierealne, to wciągnęłam się w ten świat. Pamiętnikiem bowiem można cofnąć się w czasie, do wspomnień. Dosłownie.

  1. Z dystansu

Ociekający refleksją życiową film, ukazuje pedagoga, który nie podchodzi emocjonalnie do podopiecznych. Pomimo swojego nauczycielskiego talentu, trzyma dystans. Osobiście uwielbiam za masę cytatów i za Adriena Brody.

  1. Młodzi gniewni 

Kiedy obejrzałam ten film pierwszy raz, pomyślałam: „Chcę być taką zajebistą babką, jak Michelle Pfeiffer!”. Bez ściemy.

Wcieliła się w rolę byłej wojskowej, która podjęła pracę w szkole jako nauczyciel. Ujarzmiła młode, nastoletnie umysły metodami, godnymi miejsca w jakimś vademecum pedagogów.

Reżim czy może dar nauczania? Kolejna dawka dobrego kina, z nutą inspiracji zawodowej.

Krótkie opisy, by nie wkradły się zbyt duże spoilery. Kawałek serca w blogosferze.